płaszcz

Kupiłem sobie dzisiaj po południu płaszcz, bo wszystkie, które miałem się skończyły. Już dawno w zasadzie się skończyły, a teraz znowu poczułem potrzebę chodzenia w płaszczu. Wiem, żaden wyczyn płaszcz kupić. Jak już się znajdzie to, czego się szuka i w cenie, jaką jest się skłonnym zapłacić.

Szukałem od jesieni. Wszystko skandalicznie drogie, albo nie takie, jak bym miał ochotę na siebie włożyć. Albo i jedno i drugie na raz. Zima minęła, przechodziłem ją w kurtce, którą kupiłem – bo kurtki też mi się jakoś pokończyły – na szkolny wyjazd jesienią.

No więc kupiłem płaszcz. Zima się skończyła, za to zaczęły się wyprzedaże. Obejrzałem i przymierzyłem wczoraj, ale nie miałem ze sobą pieniędzy, więc kupiłem dzisiaj. Błyskawiczna, doskonale skoordynowana akcja.

Wyszedłem ze szkoły dobrze po 14:00, pomaszerowałem w wiosennym upale do Złotych Tarasów, udało mi się przebić przez nieprzytomne tłumy, snujące się bez sensu po idiotycznym centrum handlowym w piękne, słoneczne, sobotnie popołudnie, wszedłem do sklepu, płaszcz ze stojaka, przymierzyłem – od wczoraj nic się nie zmieniło – do kasy, zapłaciłem, torbę z płaszczem w garść i pomaszerowałem do metra. Zdążyłem na pociąg 15:32 z Gdańskiego. Doskonały czas. Poczytałem po drodze książkę, co to mi ją O.Ka. do szkoły przyniosła, posłuchałem BBC, cudownie. Pociąg przyjechał do Świercz punktualnie, na dworze jeszcze jasno i ciepło. Wspaniale. Książka w torbę, telefon w kieszeń, kapelusz na łeb, wysiadka i do domu!

Niespiesznie, paląc sobie, poszedłem do samochodu, wrzuciłem torbę na tylną kanapę, trzasnąłem drzwiami i… Kurwa! A płaszcz? Zostawiłeś, debilu, płaszcz w pociągu! W torbie ze sklepu, pracowicie wsunięty pod fotel, na którym siedziałeś…

Kurwa, kurwa, kurwa!

Mam samochód i w zasadzie mógłbym ten pociąg usiłować ścigać, ale nie mam pojęcia, gdzie są te cholerne stacje, co to on się na nich po drodze zatrzymuje. I ja nie pojadę 160km/h po wąskich, dziurawych drogach na wsi, a pociąg po torach pojedzie, a jakże… I ma przewagę, bo primo – już odjechał, a ja, jak debil sterczę przy samochodzie, secundo – on nie musi szukać stacji…

Telefon, internet, numer do kolei mazowieckich, dzwonimy.

Witamy w informacji Kolei Mazowieckich. Koszt połączenia zgodny ze stawką operatora. Jeżeli interesuje cię rozkład jazdy, wybierz 1. Bagaż pozostawiony w pociągu – wybierz dwa… (tu głos lektora wyraźnie obniża się i smutnieje, tak w dół zjeżdża…nie zmyślam, można zadzwonić i sprawdzić!) Ceny, taryfa przewozowa i regulamin… (już znowu jasny, pełny, śmiały głos)
Wybrałem 2…
Uprzejmie informujemy, że w trosce o wysoki poziom usługi, rozmowa będzie nagrywana… a pociąg coraz dalej. No jasna żesz! Kocham te automaty!

W końcu odezwała się żywa osoba. Tłumaczę panience, że się nazywam, że byłem tak głupi, żeby zostawić całkiem nowy płaszcz w pociągu, w torbie, pod siedzeniem. A którym pociągiem jechałem? A tym 15:32 z Gdańskiej do… Ciechanowa? Działdowa? A ja wiem, gdzie on tam ma stację końcową? Ja w Świerczach wysiadam. To panienka zaraz sprawdzi i postara się ustalić numer pociągu i zadzwoni do kierownika – tegoż pociągu kierownika, znaczy się – i proszę pozostać na linii.

Pozostałem, cisza głucha, nawet muzyki na pocieszenie nie puścili, miałem słuchawki w uszach, więc czekając, sprawdziłem w telefonie rozkład jazdy i wyszło mi, że pociąg do Działdowa jedzie i numer pociągu znalazłem i w ogóle.

Odezwała się panienka. Że pociąg do Ciechanowa (?…) i że dzwoniła do kierownika i szukali, ale im się płaszcz w oczy nie rzucił… A gdzie siedziałem? A na górze, w pierwszym wagonie, ostatnie, pojedyncze miejsce po prawej stronie, tuż przy schodach, przodem do kierunku jazdy.
A ten płaszcz był na wieszaku? Na półce?
– W torbie, pod fotelem!
– W torbie? To czemu pan od razu nie powiedział?
– Mówiłem, może coś trzasnęło w połączeniu i pani nie usłyszała… Mówiłem. W torbie z takiego i takiego sklepu. Pod fotelem.
To gdyby pan mógł zadzwonić za jakieś 20 minut, ja im przekażę, poszukają jeszcze raz.
– Bardzo dziękuję, zadzwonię.

Wróciłem do domu. Klnąc łaziłem jak niedźwiedź w klatce. Ania zapytała, czy mogę dać jej to na piśmie, że jestem idiotą skończonym… No mogę, bo jestem! (nie dałem, nie ma co się cieszyć).

Minęło 20 minut, zadzwoniłem.
Nic nie znaleźli. Przeszukali, ale wszyscy pasażerowie twierdzili, że torby przy których siedzą są ich… Może jak pociąg dojedzie do Ciechanowa i spokojnie, już pusty sprawdzą, to coś się znajdzie… To może pan poczeka, a ja oddzwonię?
– Nie, pojadę do Ciechanowa, o której ten pociąg tam będzie? To zdążę akurat, nie ma sprawy. Jakby coś, to jeszcze się odezwę. Dziękuję.
No co? Miałem diabli wiedzą ile jeszcze dreptać tak po domu albo podwórku? Lepiej wsiąść i jechać, spotkać pociąg i pójść prosto po płaszcz – przecież wiem, gdzie go w swojej nieskończonej głupocie zostawiłem.

W Ciechanowie byłem 17:58, czyli dokładnie o tej, o której miał być pociąg. Miał, ale go jakoś nie widać… Pani w kasie nie wie, na który peron przyjedzie, ale
– Na pewno ogłoszą, niech pan słucha, ogłoszą…
– Dziękuję!

I łażę po stacji, a pociągu nie ma. 18:10, 18:20, 18:42… No co jest, do cholery. Zaczepiłem jakąś starszą panią z wózkiem, która siedziała na ławce, na stacji, kiedy przyjechałem, a teraz spacerowała po peronie, czy może zwróciła uwagę, czy pociąg z Gdańskiej już był…
– Nie, nie było. Ale teraz będzie taki z Warszawy do Olsztyna…
– Nie, to nie ten, ale dziękuję! Spytam w kasie.
– Bo ja na córkę czekam…
– Dziękuję!

– Proszę pana, przypomniało mi się. Był z Gdańskiej.
– Raz jeszcze dziękuję i przepraszam, za zawracanie głowy.

Pomaszerowałem w kierunku samochodu. 19:02. Cały czas zastanawiałem się, co właściwie mam myśleć. Ludzie przecież są z natury uczciwi – w to przynajmniej naiwnie chcę wierzyć – więc jak ktoś ją znalazł – torbę z płaszczem, w sensie – to z pewnością oddał konduktorom. A jak ktoś wziął, bo akurat rozmiar pasuje, albo spylić wygodnie, bo nawet metki jeszcze nieodczepione? To mam przeklinać, czy życzyć, żeby się dobrze płaszcz nosiło, skoro jestem skończonym idiotą, który zakupy w pociągu zostawia?

Zadzwoniłem znowu do infolinii KM. Strasznie długo trzeba było tym razem czekać, zanim wreszcie ktoś się odezwał.
– Dobry wieczór, ja w sprawie płaszcza, co to go sprytnie zostawiłem w pociągu…
– A zgłaszał pan to już?
– No jasne, zaraz, jak wysiadłem z pociągu i odkryłem, jakim jestem spryciarzem.
– A który to był pociąg? Gdzie pan wysiadał?
– 15:32 z Gdańskiej – chwilę musiałem sie zastanowić, bo z tego wszystkiego przestałem już pamiętać… – w Świerczach.
– Zaraz sprawdzę…

Cisza, długa cisza w słuchawce, kolejny papieros.

– Tamten kierownik pociągu już skończył pracę, a nowy ma włączoną pocztę głosową, może właśnie przejmuje pociąg… to może poda mi pan numer telefonu, zadzwonię do pana, jak uda mi się z nim skontaktować…
– Bardzo proszę, oczywiście 501 … Poczekam na telefon od pani.

Następny papieros, jakieś nudy w radio, 15% baterii w telefonie, fantastycznie!

19:23 – telefon.
– Proszę pana, jest ten płaszcz… Czy może pan wyjść na stację w Świerczach? Pociąg będzie tam 20:37. Trzeba podejść do czoła pociągu. Kierownik ma pana płaszcz.

Oczywiście, że mogę być w Świerczach o 20:37. Nawet zdążę z cholernego Ciechanowa wrócić i jeszcze będę musiał poczekać.

– Bardzo pani dziękuję i przepraszam za kłopot!

Pojechałem, z tym uczuciem ulgi, jakie ma się po zdanym egzaminie, którego człowiek strasznie się bał… Potem jeszcze tylko 37 minut czekania w Świerczach. Przyjechał. Stoję i gapię się w pierwsze drzwi – nikogo w mundurze KM… Szlag!
– Dobry wieczór! – z drugich drzwi wyszła ta sama pani, która sprawdzała mi bilet w drodze z Warszawy…
– Pana płaszcz…
– Bardzo dziękuję i przepraszam za kłopot.
– Nie ma sprawy! – i uroczo się uśmiechnęła.

W efekcie, zamiast przed 17:00 byłem w domu przed 21:00. Dodam, że rano wsiadłem w pociąg do Warszawy o 6:29. Długa sobota.

Na spokojnie już rozkminiając, co się właściwie stało, doszedłem do wniosku, że ta pierwsza panienka przez telefon nie dość, że nie zrozumiała, że płaszcz był w torbie pod fotelem, a nie na wieszaku czy półce, to jeszcze nie ten pociąg namierzyła. Nic więc dziwnego, że nic w nim nie znaleźli. Druga pani przez telefon, do której dzwoniłem z Ciechanowa, znalazła ten pociąg co potrzeba, więc i płaszcz się znalazł. Ot kolekcja ludzkich roztargnień i niedosłyszeń czy niezrozumień. Nie myślałem, że głupi płaszcz może kosztować tyle zdrowia – pół paczki fajek wypaliłem, że o nerwach nie wspomnę.

Ale cóż – gapowe trzeba płacić, tak to działa!

P.S.

No jak byś pomyślał, to byś nie jeździł w tę i na zad. No jak pociąg, który jest przed 17:00 w Świerczach ma być godzinę później w Ciechanowie? On już tam dawno był, jak ty dzwoniłeś. No ale w nerwach człowiek nie myśli. Ech…

Komentarz Ani, po przeczytaniu tekstu…

Opublikowano codzienność, off topic | Dodaj komentarz

zbieg okoliczności

W piątek rano, jadąc do szkoły, jak zwykle słuchałem Manna w radiowej Trójce. Cały poranek mowa była o tym, że ludzie nie potrafią. Nie potrafią zmienić koła w samochodzie, nie potrafią naprawić cieknącego kranu, nie potrafią zmienić zepsutej klamki, nie potrafią przyszyć guzika. Myślałem sobie – potrafię zmienić koło, naprawić kran, klamkę, guzik przyszyć. I parę innych rzeczy też potrafię.

Audycja popłynęła w kierunku zmiany koła w samochodzie. Że kiedyś uczono tej praktycznej umiejętności na kursach na prawo jazdy, a teraz się nie uczy. Że głównie kobiety nie potrafią, albo że to wcale nie prawda, że nie potrafią bo potrafią i robią to wręcz wyśmienicie. Były głosy, że czasami nawet jak się potrafi, to i tak jest zbieg okoliczności utrudniających, bądź wręcz uniemożliwiających. Na przykład nie wiadomo, jak to koło zapasowe wyjąć, jeżeli nawet się wie gdzie ono jest. Albo wiadomo jak wyjąć i wiadomo, że jest w takim sprytnym koszu pod samochodem, tylko nie da się tego kosza odkręcić, bo albo kosz przymarzł, albo przyrdzewiał. Albo da się wszystko wyjąć, tylko w zapasowym kole też nie ma powietrza. Albo wszystko wiadomo i da się znaleźć i odkręcić, i jest powietrze, tylko akurat leje deszcz, a człowiek właśnie jest w garniturze, albo w jasnych spodniach i wcale nie ma ochoty się wybłocić, bo jedzie na spotkanie, na którym powinien wyglądać. To akurat znam doskonale…

6:00, jakiś piątek w zeszłym roku, wsiadłem do samochodu, zestrojony w jasne spodnie i marynarkę i ruszyłem do szkoły. Dojechałem, oczywiście w błocie i deszczu do asfaltu i stwierdziłem, że coś dziwnie stuka… Guma z prawej strony z przodu. Doskonale. Zawrotka, na podwórko i zmieniamy. W deszczu i błocie, jasnych spodniach. Oczywiście w Citroenie zapasowe koło jest w koszu, pod spodem, pod bagażnikiem. Zupełnie nie wiem czemu, skoro to wielkie kombi, ale nie jestem francuskim inżynierem, więc się nie znam.

Lekko nie było, ale nawet się bardzo nie upaprałem – trochę buty i ręce – i jeszcze zdążyłem przyjechać do szkoły sporo przed lekcjami.

Inny rodzaj sytuacji. Jechałem do szkoły, na zebranie z rodzicami, wjeżdżałem właśnie na Trasę Łazienkowską z Wisłostrady, kiedy w Volvo spadła lewa przednia opona. Świetne miejsce – w sumie lepiej na ślimaku, przy prędkości znikomej, niż przy 120 km/h na Gdańskiej szosie… Trochę się zdenerwowałem, trochę pobrudziłem ręce, stwierdziłem, że krawat wcale nie pomaga przy pracach technicznych, na zebranie zdążyłem, nie ma sprawy.

I tak sobie w ostatni piątek jechałem, słuchałem, przypominałem zmiany koła we własnym wykonaniu, stałem w korku, słuchałem… Ostatni kawałek korka, na Trasie Łazienkowskiej, spowodowały… dwa samochody, z których jeden miał kapeć, a drugi pomagał pierwszemu koło zmienić. Ładna klamra kompozycyjna. Przyjechawszy do szkoły opowiedziałem, jak to się ładnie wszystko splotło, opowiedziałem w domu Ani.

Tu powinna nastąpić kropka, ale rzeczywistość oczywiście jest sprytniejsza i dopisała epilog.

Wczoraj byliśmy u mojej mamy na urodzinowym obiedzie. Wracaliśmy przez Leroy Merlin – piec i grzejniki trzeba było obejrzeć. Ania prowadziła. Jak tylko siadła za kierownicę, zaczęła coś przebąkiwać, że ciężko się nią kręci.

– No bo w cytrynie chodzi ciężej niż w Volvo – inne wspomaganie…
– Ale wyrywa i szarpie!
– E tam. A nie masz wrażenia, że ściąga w prawo?
– No tak, ale generalnie trudno chodzi i szarpie.
– To pod sklepem sprawdzimy, ile mamy wiatru w kole.

Poszliśmy do sklepu, obejrzeliśmy co było do obejrzenia, wracamy do samochodu – prawe przednie koło płaskie… No oczywiście. Ale nic to, zmienimy… No właśnie. Pada deszcz, ja mam jasne spodnie i wcale nie chcę się wyświnić, kosz z kołem zapasowym stawia opór. No jak mogło być inaczej?

W końcu udało się koło wydostać. Teraz to już pójdzie.

Tak, akurat.

Nie da się śrub ruszyć, a sprytny klucz, zaprojektowany przez sprytnych, francuskich inżynierów do odkręcania śrub oraz kręcenia śrubą do odpinania kosza z kołem zapasowym, zaczyna się giąć, jak po nim skaczę, żeby śruby ruszyć. No świetnie.

Za nami – jak wygodnie – Norauto. Wrota otwarte, panowie wożą do środka opony.

– Idź z dziewczynkami i spytaj ich, czy nam to koło zmienią, bo mają klucz pneumatyczny i w ogóle, a ja jeszcze popróbuję walczyć.

Walka przegrana, śruby dalej trzymają. Ania wróciła i powiedziała, że

– Nie zmienią, bo już jest zamknięte…

Bardzo uprzejmie, prawda? Przychodzi baba z dwójką dzieci, wieczorem w deszczu, mówi że koła nie może odkręcić, a oni już mają zamknięte i koniec. Pozdrowienia dla Panów!

No dobrze – plan B.

Biorę klucz-się-gnący, idę do Leroy Merlin i kupuję odpowiedniego kalibru  pancerny klucz do kół. Zdążyłem postawić krok, a tu jakiś miły, młody człowiek woła do mnie z drugiej strony parkingowej uliczki:

– Może dwoma kluczami spróbujemy?
– Jeżeli można
– Jasne

Tylko sprytny klucz, wymyślony przez sprytnych francuskich inżynierów, nie da się włożyć w rurkę, będącą rączką klucza trzymanego przez miłego, młodego człowieka, bo sprytny klucz, wymyślony przez sprytnych francuskich inżynierów ma na końcu rączki taką poprzeczkę, żeby można było odkręcać śrubę mocującą kosz z kołem zapasowym. Genialne! Jakby nie można było kosza przykręcić normalną śrubą, z łbem dokładnie w rozmiarze śrub od koła. Nie, to trzeba zrobić taka śrubę, co ma płaski łeb a w nim rowek, w który trzeba wcelować poprzeczką na końcu  sprytnego klucza, wymyślonego przez sprytnych, francuskich inżynierów.

Niechby ci Francuzi zamiast inżynierią lepiej zajęli się gotowaniem. Chociaż nie, Włosi robią to lepiej. Wino może niech robią? Nie, francuskie są kwaśne. To do czego oni się nadają? Do śpiewania może (to sugestia Ani)?

Miły, młody człowiek jednak się nie poddał, założył swój klucz na śruby, poskakał, pokopał i udało się. Poluzował śruby!

– Dalej pan sobie poradzi?
– Tak, jasne, dzięki serdeczne!

Odkręciłem śruby, zdjąłem, odłożyłem koło na bok. Zapasowe koło przystawiamy… No tak. Genialna, francuska myśl inżynieryjna – zamiast szpilek sterczących, na które wystarczy nasadzić koło i dokręcić nakrętkami – dziurki. Dziurka w feldze i dziurka w tym… jak to się nazywa, co to do tego koła się do samochodu przykręca? I weź teraz, człowieku w jasnych spodniach, po ciemku, w deszczu, ustaw dwie dziurki na przeciw siebie, a potem wpasuj w to śrubę. Podpowiem, że przy takiej operacji, brakuje przynajmniej jednej ręki – dwiema trzeba trzymać koło, które nie jest przesadnie ciężkie, ale do najlżejszych też nie należy,  i precyzyjnie celować dziurką w dziurkę, a trzecią ręką wtykać  śrubę, kiedy już się wycelować uda. Oczywiście można sobie podeprzeć koło kolanem, ale przecież nie chcemy wypaprać – potencjalnie nieodwracalnie – jasnych spodni, prawda? Oczywiście spuściłem sobie koło na palec u ręki lewej, przygniatając go do asfaltu – przyjemność klasy D-

W końcu Ester przytrzymała mój telefon z włączoną latarką i jakoś się udało wycelować, wetknąć i przykręcić. Do domu dojechaliśmy już bez przygód.

KONIEC

Opublikowano codzienność | Otagowano , , , , | 4 komentarze

sporty ekstremalne

Dzisiaj, przy dojeniu, kozy przesadziły. Stanowczo przesadziły. Jak już udało się złapać małą kozę białą – Esme jest w łapaniu najlepsza – zaraz pojawił się większy koźlak Mećki i zaczął podkradać. Ma przecież swoją matkę, tam niech się karmi, no co jest? Strasznie jest namolny i trudno go odgonić. W zasadzie w ogóle nie daje się go odgonić –  trzeba go złapać i trzymać, i to mocno. Zwykle Estera daje sobie z tym radę. Zajęliśmy się koźlakiem, a w tym samym momencie Mećka otworzyła sobie drzwi na podwórko i wymaszerowała. Nim się podniosłem, puszczając koźlaka, za Mećką wymaszerował Dyzio, a zaraz za nim Tymotka i obydwaj synalkowie Mećki. No doskonale. Reszta kóz już wchodziła z wybiegu i najwyraźniej szykowała się również do wielkiej ucieczki. Zaczęły się kłębić wokół Ani, siedzącej na środku przejścia i usiłującej dalej doić Małą Kozę Białą. Pare ciepłych słów krzykniętych do kóz i się łaskawie zatrzymały. Poszedłem po Mećkę – stała w sianiarni i podjadała owies z worka – złapałem za rogi i zaciągnąłem z powrotem do koziarni. Wróciłem po Dyzia – nie ma rogów, ma za to obrożę, więc też jest za co złapać. Kiedy otworzyłem drzwi, żeby go wrzucić na miejsce – natychmiast znowu zwiała Mećka i koźlaki. Szlag! Dyzio w środku, Ania nadal usiłuje doić, Mała Koza Biała przeszkadza jak umie, wiercąc się i machając nogą, żeby odpędzić kolejne dwa koźlaki, usiłujące podkraść mleko od nieswojej matki. Efekt? Cała kolekcja słomy i pyłu w garnku z mlekiem – trudno, przecedzi się. Nie wylejemy przecież, bo szkoda. Znowu złapałem Mećkę i wepchnąłem do środka, jeden koziołek wszedł za nią, drugi się zagapił, stracił matkę z oczu, więc zaczął biegać po podwórku mecząc. Znowu świetnie. Złapałem Tymotkę i wepchnąłem do środka, prawie znowu wypuszczając Dyzia, który tylko czekał, aż drzwi się otworzą. Udało się zapakować Tymotkę i nie wypuścić Dyzia. Sukces. Jeszcze koźlak – biega po podwórku i meczy. Złapanie małej kozy, dość szybkiej i zwrotnej, znacznie ciaśniej składającej się w zakręty, niż ja jestem w stanie, pędząc za nią zgięty w pół z wyciągniętymi rękoma, do prostych nie należy – to tak dla tych, co nigdy nie ścigali kozy (albo kury, podobny sport). Przebiegłem za nim trzy kółka wokół samochodu, potem wokół drugiego – bez sukcesu. Nie mogę przecież otworzyć drzwi, żeby go zagnać do środka, bo wyjdzie cała reszta towarzystwa i nie połapiemy ich do wieczora. Doskonale. W końcu dał drapaka za zakład, w stronę wybiegu. Tam  zatrzymał się przed siatką i usiłował przecisnąć się do środka – złapałem go i wstawiłem górą. Sukces!

W koziarni – Ania wściekła, że mleko zabrudzone, kozy się kłębią. Wziąłem paletę (taką sklepową, do wózka widłowego), żeby kozy aktualnie nie dojone zatrzymać na zewnątrz. Trochę krzyku, parę serdecznych słów pod adresem kóz (albo ich matek) i w koziarni spokój. Na chwilę. Esme z Esterką zaczęły łapać Różyczkę. Nawet sprawnie im to poszło, muszę przyznać. Znacznie sprawniej, niż można by się spodziewać słysząc chichoty i bojowe okrzyki dziewczynek polujących na kozę. Co prawda nim koza została złapana, zdążyłem posprzątać rabatę przed koziarnią, bo funkie jak wściekła zaczęły wychodzić z ziemi, a tam jakieś deski i patyki leżały, ale i tak nieźle łapanie kozy poszło.

– Ojciec! Koza złapana!

Wlazłem do środka. Nie przypałętał się żaden koźlak i poszło z dojeniem w zasadzie sprawnie. Jeszcze tylko trzeba było kozie postronek na tylną nogę założyć, zakręcić go sobie wokół buta i przydepnąć, żeby przytrzymać nogę, bo inaczej – z całą pewnością – noga wylądowałaby w garnku z mlekiem. Różyczka tak ma. Macha nogą, macha, opędza się, a w końcu racica z cały przyklejonym do niej towarem ląduje w garnku mleka. Stąd postronek – Ania podpatrzyła gdzieś w internetach.

Potem jeszcze Koza Mała z Rogami – straciła koźlaki, ale mleka trochę ma w tym swoim mikroskopijnym wymieniu, więc trzeba łapać i doić, żeby go nie straciła. Może uda się ją rozdoić – a powinno się udać – to byłoby świetnie. Po półgodzinnej walce udało się zebrać niecały litr mleka. Dziś było ostro, choć nigdy nie jest łatwo.

W ogóle dojenie kóz – przynajmniej naszych – nie jest prostą sprawą. Najpierw trzeba kozę złapać – to trudne. Najtrudniej idzie to Ani, od kiedy sama połapała wszystkie kozy i wszystkim dała zastrzyki na coś. Od tamtej pory, jak Ania wchodzi do koziarni – kozy wychodzą na wybieg. Jeżeli Ania wyjdzie za nimi – wracają do środka. Wejście jest niskie i wąskie, więc mają nad Anią przewagę w gonitwie w tę i na zad. Nie nudzi im się ta zabawa, Ania w jakimś momencie dostaje zadyszki, choć i tak ma niezłą kondycję. Czasem w pościgu za kozą obciera sobie kolejny kłykieć – najczęściej w momencie, jak już kozę ucapi za skórę i usiłuje jej nie puścić, a koza desperacko gna do wyjścia i usiłuje się, mimo żelaznego uchwytu Ani, przedostać na zewnątrz. Ja, przy którymś pościgu połamałem sobie – jak idiotycznie by to nie zabrzmiało – dwa paznokcie, trafiając nimi w ścianę. Najsprawniej łapanie idzie Dziewczynkom. Są w stanie kozę dopędzić, nie dostają zadyszki, ciasno – prawie jak koza – składają się w zakręty. Potem tylko muszą na kozie usiąść, żeby ją unieruchomić, bo mają troche za mało siły, żeby utrzymać kozę rękoma. A ile przy tym radości!
– Tato! Jeździłam dzisiaj na Różyczce! Ale było! I jeszcze na Dzwoneczku i Kozie Białej. A pamiętasz, jak jeździłam na świni?

Jak już się uda kozę złapać – trzeba ją zawlec do koziarni i założyć obrożę ze smyczą, uwiązana do ściany. Potem, w większości wypadków,  trzeba założyć postronek na tylną nogę, bo jak wspomniałem – inaczej racica ląduje w garnku, a w najlepszym przypadku, koza macha nogą i najzwyczajniej przeszkadza w dojeniu. Jak juz się kozę uwiąże, unieruchomi nogę i potem kozę trzyma (przydaje się druga osoba) to koza, nie mogąc już specjalnie się bronić, przynajmniej popatrzy człowiekowi w oczy, beknie i zacznie przeżuwać. Standardzik. I tak codziennie. Ale za to można potem, raz w tygodniu, przy wydajności naszych kóz, zrobić ser. Warto!

Opublikowano codzienność, kozy | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

obrządek

Co wieczór wygląda to tak samo. Trzeba pójść do stajni, pościelić koniom, dać siano, nalać wody, konie schować.

Od jakiegoś czasu – połowa października – Dziewczynki chodzą z nami. Zaczęło się, kiedy Ani przez tydzień nie było i musiałem mieć je na oku, jednocześnie robiąc w stajni co jest do zrobienia. Zaczęły chodzić ze mną. Wszystko działało w zasadzie bez większych problemów. Dzieci szły, pomagały – nalewały wodę, rozcinały kostki z sianem, wracaliśmy. Dzieci jadły kolację, szły spać, a kiedy zasnęły, szedłem – już tylko w towarzystwie psów małych – dopoić konie.

Teraz też w zasadzie wszystko działa bez zarzutu, doszedł tylko pewien element szaleństwa. Zaczyna się w momencie kiedy Ania albo ja rzucimy hasło:
– Dziewczynki, proszę się ubierać. Idziemy do stajni.

Dziewczynki ruszają w stronę drzwi, zwykle jakimś dzikim galopem. Zaraz za nimi ruszają Szczur z Focke Wulfem, wskakując na siebie, podgryzając się, warcząc i generalnie kitłasząc na podłodze, najlepiej pod nogami Dziewczynek. Któraś się o psa przewraca, któraś krzyczy:

– Gdzie są moje buty?
– A gdzie je zostawiłaś?
– …
– No gdzie je zdejmowałaś? Poszukaj może.
– Ale ich nie ma.
– Szukałaś?
– Nie…
– To poszukaj. Ja swoje jakoś bez problemu znalazłem. Znalazłaś? To może się odwróć, są za tobą, pod fotelem. Czy możesz je wreszcie włożyć?
– Gdzie moja kurtka?..

Szczur i Focke kitłaszą się dalej, dalej plącząc się w Dziewczynki. Kreska – małe, jazgotliwa, ruda pokraka – zaczyna biegać wokół kłębowiska psów i dzieci, piskliwie poszczekując. Mnie już zaczyna boleć głowa i zaczynam mieć zdarte gardło, od prób zaprowadzenia jakiego takiego porządku, przy pomocy fali dzwiękowej o odpowiedniej mocy. Udało się. Ubrani. Któraś z Dziewczynek łapie za klamkę i otwiera drzwi do sieni. W tym momencie psy małe, kłębiące się do tej pory na podłodze usiłują wybiec z domu, zderzając się z psami dużymi (Deser, Hela i Truskawka) wpadającymi szturmem na izbę. Trzeba wzmóc fale dźwiękowe, zaczyna rezonować gitara i miedziana patelnia, choć AB twierdzi, że to kryształy na kredensie wpadają w rezonans, co jest oczywista nieprawdą. Gitara i patelnia.

W końcu udaje się wszystkie psy wygnać do sieni, tam odłowić te duże, żeby zostały a te małe – wypuścić na podwórko.  Gdyby wypuścić psy duże, z całą pewnością za chwilę pojawiłby się jakiś rowerzysta, którego zaraz musiałyby pogonić i prawdopodobnie zdjąć z roweru. Taka zabawa, co im zrobić?

Na trzech schodkach przed domem, tuż za drzwiami, kiedy w zasadzie wszystko dobrze już idzie, kolejny stały element – Szczur zatrzymuje się w poprzek, potyka się o niego Focke i spada niżej, Kreska jazgocze na podwórku, Szczur rzuca się na karmę, stojącą koło schodów, w worku. Na Szczurze zatrzymują się Dziewczynki, ja muszę się trzymać klamki zamkniętych za sobą drzwi, żeby nie polecieć ze schodów na pysk, uprzednio potknąwszy się o Dzieci i psy.

Udało się. Idziemy do stajni – 50 kroków przez podwórko.

Dzieci nie mogą iść, musza podskakiwać, podbiegać, machać rękoma i pokrzykiwać, albo jeszcze lepiej, wydawać nieartykułowane dźwięki, co – wszystko razem – jeszcze bardziej nakręca psy. Kreska jazgocze, Szczur kłębi się z Focke Wulfem. Czasem któreś dziecko potyka się o któregoś psa i wpada w błoto. Wtedy możliwe są dwa scenariusze – dziecko zaczyna płakać, że się przewróciło Mówiłem, żeby iść normalnie i spokojnie, prawda? Mówiłem? Posłuchałaś? Wstań i idziemy. Nic Ci nie jest. Nic Ci nie jest! – albo dziecko upadłe zaczyna się bawić, dalej leżąc w błocie, ze skaczącymi po nim, już dobrze ubłoconymi psami. W każdym przypadku, dziecko trzeba ustawić do pionu i skierować na właściwą drogę.

Po dotarciu do stajni i wejściu do środka – w drzwiach trzeba uważać na psy, które oczywiście muszą wejść pierwsze – trzeba pootwierać boksy. Psy zaczynają polować na szczury, buchtując w słomie w boksach.

Dzieci zwykle się uspokajają. Otwierają boksy, biorą wąż i zaczynają dolewać koniom wodę, czasem SIĘ polewać udając, ze nie mogą trafić wodą do wiadra. Czasem się nie uspakajają i zaczynają, razem z psami, biegać wszędzie, najlepiej wspinając się na ściany boksów, albo słomę, czy inne siano. I psy i dzieci potykają się przy tym o wiadra, widły, grabie i cokolwiek jeszcze potencjalnie nadaje się w stajni do potknięcia się o. Znowu – jeśli dzieci akurat orbitują, zamiast pomagać – trzeba użyć fali dźwiękowej. W końcu dzieci zaczynaja pomagać, czyli… otwierają boksy, biorą wąż i zaczynają dolewać koniom wodę, czasem SIĘ polewać udając, ze nie mogą trafić wodą do wiadra.

Jeżeli w drodze do stajni nie wzięliśmy z sianiarni siana, trzeba po nie pójść i przynieść 4 kostki (to dwa kursy, jak wiadomo).

W międzyczasie, słysząc krzątaninę, w swoim boksie w stajni, zaczyna szczekać Pan Pikuś. Szczeka tak, jak każdy jazgotliwy owczarek niemiecki – czy, w każdym bądź razie, owczarkowaty pies. Pikusiowi trzeba wsypać żarcie do miski (wiadra raczej), żeby się zamknął i przestał ogłuszać. Można go również wypuścić z boksu i wtedy albo zacznie się plątać pod nogami, albo ujadać na każdego, kto trzyma w ręku narzędzie z długim trzonkiem. Podpowiem, że wszystkie w zasadzie narzędzia używane w stajni do ścielenia i rozdawania siana, mają długie trzonki.

Same czynności stajenne, wykonywane przez dwie osoby dorosłe, trwają mniej więcej 15 minut. W asyście dzieci – około pół godziny, ale przecież dzieci muszą wiedzieć, że niektóre rzeczy zwyczajnie trzeba zrobić codziennie, o w miarę stałej porze, nawet, jeśli pogoda jest paskudna i człowiekowi wcale nie chce się z domu wychodzić.

Jeżeli jest już późno, trzeba jeszcze zawołać konie – na szczęście przychodzą na gwizd – i pozamykać je w boksach. Psy oczywiści przeszkadzają jak mogą – szczekają, usiłują podgryźć konie w pęciny i generalnie zaganiają w kierunku przeciwnym. Znowu odpowiednia fala dźwiękowa i w końcu się udaje. Zamknąć wrota, zgasić światło.

Jeżeli jest ciemno, Dziewczynki koniecznie muszą się pobawić w chowanego. Znowu rozbiegają się po całym podwórku. Tupią, piszczą i… szukają się, bo mają olbrzymią łatwość włażenia w różne ciemne zakamarki i chowania w ciemnych zakamarkach stodoły. Szukają, znajdują się, tak ze dwa, trzy razy i można  wracać do domu. To zajmuje kolejnych 5 minut, bo przecież nie można pójść najkrótszą drogą, skoro rodzice o to właśnie proszą, prawda?

Jeszcze przebrnąć przez sień – nie wypuścić psów dużych, zawołać i wpuścić te małe. Dzieci i psy małe wpuścić na izbę, nie wpuszczając psów dużych, wejść samemu. Jeszcze raz się udało.

Dzieci znowu rozrzucają kurtki i buty w losowo wybranych miejscach, żeby następnego dnia móc powtórzyć rytuał z ich szukaniem i niemożnością znalezienia. W międzyczasie psy ładują się na łóżka, przy czym czas jakiego potrzebują żeby to zrobić jest tym krótszy, im bardziej są ubłocone.

Potem jeszcze tylko późnym wieczorem pójść dopoić konie i po sprawie. Następnego dnia powtórzymy wszystko od początku. Muszą być stałe elementy, rytuały. To daje dzieciom poczucie bezpieczeństwa, prawda?

 

Opublikowano codzienność, konie, psy | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

przebudzenie

Dobrze przed świtem – nie było jeszcze pół do szóstej – obudziły mnie szeleszczące papiery. Któryś z psów lub kotów gdzieś się gramolił i hałasował. W jakieś kolorowanki dziewczynek, rozrzucone koło, a może na łóżku. Rzuciłem w ciemność gniewne Złaź, co robisz?! – zapewne podparte jakimś niecenzuralnym słowem. Na chwilę pomogło. Zasnąłem.

Tuż przed szóstą – znowu hałasy. Najpierw papiery, potem warczące na siebie pod łóżkiem koty. Wstałem, poszedłem do łazienki, wróciłem – koty biły się nadal. Coś tam warknąłem, położyłem się do łóżka, warczenie przeniosło się w nogi łóżka, potem tętent kocich łap po drewnianej podłodze, któryś kot wskoczył na nocny stolik, odbijając się od węzgłowia łóżka, przeskoczył mi na głowę, zeskoczył na podłogę i pogalopował do kuchni. Na lewym policzku poczułem miękkie, mokre, nieduże coś. Odruchowo, choć nie bez wstrętu, złapałem to coś lewą ręką i sprawnym ruchem posłałem nad śpiącymi obok Anią i Esterką w kierunku ściany sypialni, licząc chyba na to, że ta obrzydliwość spadnie między ścianą a łóżkiem na podłogę, a za widoku się zobaczy, co to było i posprząta. Grunt, że nic nie leżało mi już na twarzy. I w tym momencie zrozumiałem, co się stało.

To była upolowana mysz, o którą koty biły się od dłuższej chwili, nie dając spać. Cóż, wiocha.

Potem obudził mnie Focke Wulf coś gryząc – byłem przekonany, że wlazł pod łóżko – duży wszak nie jest – wyjął mysie truchło i teraz je konsumuje. Trudno. Niech żre, jeszcze chwilę mogę poleżeć, może zasnę.

A potem zadzwonił budzik – 6:45. Na 8:20 trzeba zawieźć Esme do szkoły. Wiocha.

 

Epilog.

Kiedy po 10:00 wróciłem do domu, odwiózłszy Esme i Esterkę do Nasielska i zrobiwszy zakupy przedświąteczne – musiałem objechać chyba wszystkie sklepy w mieście, żeby znaleźć dokładnie to, czego chciałem, a i tak nie udało się kupić cholernych lukrowych mazaków, potrzebnych na jutro do szkoły, żeby dzieci mogły dekorować pierniczki, które jeszcze dzisiaj musimy z dziewczynkami upiec – dowiedziałem się od Ani, która akurat wróciła chwilę po mnie, że kiedy ścieliła łóżko, odkryła poranną mysz, leżącą cichą między ścianą a kołdrą – ciskając jeszcze-wtedy-niewiadomo-czym, zapomniałem że przy samej ścianie leży kolekcja poduszek. Poduszki ją wyhamowały? Ania podejrzewa raczej, że mysz otumaniona zjechała po ścianie i leżała, dopóki obudzona ścieleniem łóżka nie wstała, żeby niespiesznie się oddalić.

Opublikowano codzienność, koty, psy | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

jak w zegarku

Nieczęsto zdarzają nam się takie poranki, a szkoda. Dzisiaj wszystko szło perfekcyjnie wręcz.

Budzik zaczął się wydzierać o 6:00. Sam go tak nastawiłem, Esme zaczyna lekcje o 7:30 – tak, barbarzyńska pora, ale co poradzić? Jeszcze 8 minut drzemki – budzik wydziera się znowu. Wstajemy. Szlafrok, do kuchni, zapalić gaz pod czajnikiem, odsunąć fajerki, – resztka żaru z noc została. Papier – stare klasówki, a co! – kilka deseczek – czekały koło kuchni… pali się.

Psy wywalić na podwórko, żeby się nie plątały pod nogami.

Do pokoju. Od drzwi radosne, choć bez większej nadziei Pobudka wstać!  i… Esme podnosi rękę wysoko w górę, Estera siada uśmiechnięta, wyprostowana na łóżku: Tato! Obudziłam się jak wojskowy! Trudno się z nią nie zgodzić.

Czajnik zaczyna gwizdać. Do kuchni, kubki z kredensu, do dwóch esencja, kakao i kawa do kolejnych dwóch. Pod kuchnią się dobrze rozpaliło – cztery kromki bułki na płytę, kubki z herbatą/kakao/kawą do sypialni. Ania pilnuje dziewczynek, żeby się ubrały.

Do kuchni, zrobić Esme kanapki do szkoły.
– Ile chcesz?
– Trzy!
Bardzo proszę. Zrobione. Spakowane (Ania spakowała).

Umyć i pokroić dwa pomidory, bułki na płycie na drugą stronę, pomidory polać oliwą i octem balsamicznym, bułki natrzeć rozkrojonym czosnkiem. Dziewczynki, już ubrane, podają talerzyki i kładą sztućce na stole. Grzanki na talerze, na wierzch pomidory, wszystko na stół. Pierwszy raz udało nam się zrobić dzieciom śniadanie przed wyjściem do szkoły, czy innego przedszkola. 6:35 Dobry czas.

Prysznic.
Stanie rano pod gorącą wodą, lejącą się z prysznica jest dużą przyjemnością… Zwłaszcza, jeśli stojąc pod tym prysznicem można równocześnie gapić się przez okno na – w tym wypadku jesienny – krajobraz. Tak, to bardzo miłe. Perspektywa gorącego prysznica z krajobrazem w tle umila trochę wyłażenie spod kołdry. Zwłaszcza jesienią i zimą. Jakoś wiosną i latem , człowiek nie ma takich oporów przed wstawaniem z łóżka. I jakby później kładzie się spać… Hmmm.

Powrót do rzeczywistości. Ubrać się, łeb wysuszyć, herbatę dopić. Dziewczynki zjadły.
– Myć zęby i proszę się uczesać!
– Tato, zrobisz mi kucyka? Takiego na czubku głowy?
No zrobię, czemu miałbym nie zrobić?
6:50

Kucyki zrobione. 6:55
– Wychodzimy o 7:00, więc proponuję wkładać buty i kurtki.

O dziwo i tym razem – podobnie jak przy ubieraniu się – obyło się bez marudzenia i płaczu. Dziwne w sumie, jak tak teraz się zastanawiam…

Wyszliśmy. Psy plączą się pod nogami. Dzieci do samochodu, pozapinać, silnik odpalić, żeby się Citroen zaczął podnosić, bramę otworzyć – tak, cały czas ani nie zreperowałem, ani nie wymieniłem jednego siłownika, więc mamy bramę półautomatyczną, czyli jedno skrzydło otwiera się pilotem, drugie zupełnie ręcznie. Całość łączy się na noc sznurkiem (nie, nie takim od prasy, linka zieloną, porządną, elegancko!).

Ruszamy, w radio serwis informacyjny i nagle, tuż przed maską przebiega nam Deser. Brakowało centymetrów, żebym go trafił samochodem. Szczura (gryzonia takiego, nie psa Szczura) zobaczył i postanowił go dopaść w trzech susach. Z sukcesem. Niezły jest, skubaniec, trzeba przyznać.

7:10 byliśmy pod szkołą w Nasielsku. Wysadziłem Esme na parkingu i pojechaliśmy z Esterką do przedszkola. Była trzecim dzieckiem, które przyszło od rana.

W domu byłem o 7:30. Zaniosłem koniom siano na padok, żeby je potem wypuścić, zaniosłem siano kozom.

A potem dzień popłynął leniwie, acz pracowicie.
Wypiliśmy herbatę, poszliśmy puścić konie; wydrukowaliśmy dla Ani papiery do podpisania przez gospodarzy, przy okazji pobierania krwi od świń; dopracowaliśmy kwestie kalendarza Google, żebyśmy oboje widzieli, co widzieć powinniśmy, bez  zmuszania mnie do rezygnacji z iCal, którego używam. Ania pojechała zkrwawiać świnie…

…przepraszam, ale właśnie odkryłem, że mój laptop, podłączony do zasilacza, kiedy pisząc suwam dłońmi po aluminiowej obudowie, wydaje dźwięki, jakie zwykle zarezerwowane są dla mieczy świetlnych z Gwiezdnych Wojen. O, przestał. Zastanawiające…

…Wyprodukowałem krótki film instruktażowy, co to w sierpniu w szkole obiecałem, że będę produkował. Pozmieniałem w internecie godziny pracy gabinetu, pojechałem zamówić tabliczki z nowymi godzinami – musiałem chwilę poczekać, bo jak raz obsługiwana była siedemnastowieczna figurka Matki Boskiej. No poczekałem, żaden problem.

Pojechałem do dzieci do szkoły i przedszkola, wróciłem, sąsiad przyjechał i słomę nam do stajni przewiózł ze stogu. Schowałem konie i wróciłem na obiad. 16:50. Po obiedzie jeszcze poszliśmy koniom pościelić, zasianić konie*, dopoić i nastało kompletne już lenistwo.

Życzyłbym sobie więcej tak sprawnych poranków i tak owocnych, choć nie nazbyt męczących dni.

Ania jeszcze skrwawia jakąś świnię i inseminuje krowy oraz poród – zdaje się – wywołuje, czy może już odbiera?..

Idę wykąpać dziewczynki – strasznie aktualnie fałszują, śpiewając do nieszczęsnego, plastikowego mikrofonu: Muminki! Muminki! Muminki, bo to nie głupole, Muminki, wcale nie głupole! a Estera wykrzykuje: C! G! C! D!  To chyba skutki uboczne naszego hałasowania na instrumentach 11 listopada…(choć Muminków akurat nie śpiewaliśmy) Nic, idę je kąpać, bo już dłużej tej pieśni nie zniesę!

Dobranoc.

*nie pamiętam, kto i kiedy wymyślił to określenie, dawno to było, w każdym bądź razie… Zostało nam.

Opublikowano codzienność, psy | Otagowano , , | Dodaj komentarz

było pomyśleć!

Tak to jest, jak człowiek wywalając gnój od koni myśli o tym, że może miałby ochotę coś napisać, ale tak o prozaicznym wyrzucaniu gnoju? Nad czym się tu rozwodzić. Wywalaliśmy z M we dwóch. Trochę towaru było – konie dopiero niedawno zaczęły na noc wracać do stajni, ale na wiosnę, jak poszły na pastwiska, to gnój w boksach został. Uzbierało się. Nie, żeby konie zaraz miały górą przez drzwi wypadać, ale ładna warstwa już była, dobrze przeleżała i przez konie przedeptana. Sama przyjemność. Pierwsza partia pojechała na łąkę za rowem. Musiałem otworzyć bramę i porozpinać pastuchy. między kwaterami i na mostku nad rowem. No żaden wyczyn. Kiedy M. pojechał z drugim rozrzutnikiem nawozu na łąkę na górze, przy domu, poszedłem i pozapinałem wszystko, żeby był porządek. Zamknąłem bramę. Konie były cały czas zamknięte na padoku koło drogi.

Kiedy M. wrócił, postanowiliśmy zebrać trochę błota za stajnią, żeby ciągnik się nie ślizgał, jak się słomę przywozi. To wymagało otwarcia pastucha, który zatrzymywał konie na padoku. Nie ma problemu – przecież wszystko pozamykałem, niech idą szukać resztek trawy na pastwiskach na dole. Bardzo proszę. M. jeszcze dopytywał, czy na pewno pozamykałem. No jasne, przecież jakbym nie pozamykał i poszłyby gdzieś w świat, to byłby znowu kłopot, jak za każdym razem, kiedy uciekną (a dawno nie uciekały…)

Zebraliśmy błoto, zebraliśmy zgniłą słomę, którą za stajnię wywaliłem, M. przejechał ciągnikiem na podwórko i od podwórka cofnął rozrzutnikiem do stajni – zawsze tak robimy. Wrota z tyłu zostały otwarte – po co zamykać, skoro konie poszły na dół i nie ładują się przeszkadzać w środku?

Sprzątnęliśmy ostatni boks, towar na łąkę, jeszcze tylko dwie bele słomy przywieziemy do stajni i będzie po robocie. Małe 4 godziny i załatwione.
Chodź na łąkę, to pomożesz oczyścić rozrzutnik. Szpadel wziąłem.

Jasne, idę. Może jeszcze wrota przymknę? Nie, potem, M. mi pomoże, bo samemu ciężko się z tym szarpać. Tak, potem. I słomę wygodniej od podwórka wstawić. Zdecydowanie potem się zamknie.

mgłaPoszedłem na łąkę, poczekałem, zdjęcie zrobiłem – od południa siadała bardzo malownicza mgła. Zielona łąka i szarość nad nią. Świat kończy się tam, gdzie łąka zaczyna opadać.

M. wywalił, co było do wywalenia, stoimy i czyścimy sprzęt. Sznurków się naplątało… Skąd w zasadzie? Przecież ścieląc bardzo starannie wszystkie sznurki się wybiera, żeby bydlun jakiś nie zażarł i żeby problemu nie było. No nic – się naplątały, to trzeba poodcinać i pozdejmować.

Psy szczekają. Ale o co cho? Tupie coś. Koń? Gniady? Pani Sz. znowu w konia jeździ?.. Kurwa! To nasze konie! Nie zamknąłem wrót od stajni. Żadnych nie zamknąłem – ani tych z tyłu, od pastwisk i padoku, ani tych na podwórko. No to wyszły. Weszły do stajni, przeszły i poszły. Było pomyśleć! Jestem idiotą. Nie zamknąłem, kurwa, to poszły! W mgłę i zapadający zmrok. Doskonale.

Ruszyłem za nimi – po co? – w stronę domu sąsiadów na przeciwko (300 m drogi między polami). Zniknęły we mgle.

Skręciły na Jackowo! Widziałem – krzyknął M.

No dobra. Pójdę na Jackowo – po co? I tak ich przecież, dziadów, nie dogonię. No nic. Pójdę. Poszedłem, wydawało mi się nawet, że gdzieś tętent słyszę. Widzieć to za dużo nie widziałem – po 17:00, zaraz będzie ciemno, mgła i widoczność 5 m. Doskonale! Poszedłem kawałek – może z kilometr – nic. Psy nigdzie nie szczekają, to chyba nie ma sensu iśc i pytać, czy konie do podwórka sąsiadom nie wpadły…

Wróciłem. Przywieźliśmy słomę, M. pojechał.

– Jakbyś je znalazł i miał kłopot, żeby sprowadzić, to dzwoń do wuja. Przyjedziemy i pomożemy.
– Dzięki!

Wsiadłem w samochód i pojechałem szukać – nie wiem czego bardziej – koni, czy drogi we mgle. No nic, nic, nic nie było widać. Żadne przeciwmgielne (czy, jak niektórzy wolą, przeciwmgłowe) światła nic nie pomagały. Asfalt znalazłem, jak na niego wjechałem z naszej szutrowej drogi.  Rewelacyjna jazda, na dwójce. Człowiek zgaduje, gdzie jest. Nagle świat wygląda inaczej. Nagle zauważa się budynki, koło których przejeżdża się w zasadzie codziennie, w ogóle ich nie zauważając. A we mgle wyglądają zupełnie inaczej. Nabierają nowej jakości. Tu był ten płot, czy właśnie postawili nowy? Hmm. Popatrzę jutro, jak będzie widać więcej. Gapienie się w drogę przed sobą nie miało najmniejszego sensu, skoro widać było tylko białą ścianę i snopy światła. Jeździłem, zwiedzałem, szukałem koni… Oczywiście bez skutku, bo co niby mogłem zobaczyć? Mogły, cholery, stać tuż obok drogi – i tak bym ich nie zobaczył, ani nie usłyszał, przy pracującym silniku.

Wróciłem do domu, po pierwszej rundce, Ania stała na drodze gwiżdżąc i wołając. Bez skutku. Pojechałem na rundkę drugą. Koni nie wytropiłem.

Przyjechali IiAB – po drodze szukali, świecili – ile się dało w tej mgle. Koni nie ma. Poszedłem jeszcze nasłuchiwać, w stronę w którą teoretycznie pobiegły. Nic. No szczekały psy gdzieś we mgle, to może konie tam łażą? Nagwizdałem się, napotykałem i tyle. Koni nie ma.

Przypomniała mi się opowieść mojej siostry o jakimś stajennym, który ze stoickim spokojem nic nie robił, jak konie uciekły. A usiłujące zorganizować poszukiwawczą wyprawę osoby skwitował:

– Jak są mądre, to wrócą, a głupich koni nie warto szukać.

Postanowiłem założyć, że miał rację.  Trochę głupio, że dwa nie nasze… No ale gdzie w tej mgle, po nocy jeździć czy biegać? Cholera szlag!

Wymyśliliśmy jeszcze pijąc z IiAB herbatę, że może konie wcale daleko nie poszły i są w sadzie na przeciwko… Polazłem, znowu się nagwizdałem. Włączyłem latarkę w telefonie i postanowiłem szukać śladów w zasianym polu – przecież po pięciu galopujących po wilgotnej ziemi koniach powinna zostać solidna transzeja. Znalazłem jakieś ślady, potem ślady wracające, biegnące gdzie indziej, niż wydawało nam się, że konie pobiegły. Poszedłem, tropiłem… po jakimś czasie łosia, nie konie, tropiłem – się okazało. Wróciłem do domu.

Ania nie wytrzymała. Wsiadła w samochód z IiAB i pojechali w noc. Zostałem z dziewczynkami w domu uznając, że szukanie nie ma sensu – wrócą same, albo ktoś zadzwoni, jak mgła się podniesie, zrobi się jasno i konie zauważy.

Sukces! Ania zadzwoniła do JŻ – powiedział, że wsiądzie w ciągnik i pojedzie szukać od swojej strony. Znalazł! Porwane pastuchy i powyrywane kołki od pastuchów. Konie też się znalazły – na łąkach, pod lasem. Na widok świateł ciągnika poszły w galop. No oczywiście. Ania zadzwoniła, że konie zlokalizowane i jadą je zabrać.

Ubrałem się, dziewczynki oglądały jakiś film,  i poszedłem na podwórko, jakby mieli wracać. Zamknąłem bramę na łąki, zamknąłem tylne wrota od stajni, przyniosłem siano, porozcinałem sznurki w balotach i… zaczęły szczekać psy. Na podwórko wbiegł kłusem Heniek. No bardzo dobrze! Zagwizdałem, przyszedł do stajni, zakręcił się i nie stwierdziwszy obecności reszty towarzystwa postanowił się oddalić. Tym razem byłem szybszy. Nie wybiegł przez bramę. Zagoniłem go z powrotem. W prawdzie wszedł do boksu Dumkii, ale dobre i to. Kantar na szyję i już był, gdzie być powinien. A gdzie reszta?

–  Biegają! Jak wściekłe, pod lasem, na łące – to Ania przez telefon zeznała – usiłujemy je złapać, już prawie je mieliśmy!

Prawie… No nic, Heniek w stajni, reszta też wróci. Chyba. Raczej. No raczej chyba wróci?Siedziałem na drodze, przed bramą, żeby nie było, że któryś zapomni skręcić, jakby luzem wracały. Nie wracały – no dobra, Intendent i Dumka luzem, Judym prowadzony przez JŻ a Amir przez Anię.

powrotyUdało się. Po nerwach. Nawet już zdążyły wyschnąć i wcale nie były bardzo spragnione…

W międzyczasie mgła się podniosła – wiem, bo jeszcze tuż przed 21:00 jeździłem do Świerkowa.

Bolą mnie plecy. Idę leżeć w wannie. Należy mi się, a co!

Opublikowano codzienność | Dodaj komentarz