białość

Ogólna białość zapanowała od rana – po prawdzie pewnie od nocy, czy nawet późnego wieczora, ale dopiero rano ją stwierdziliśmy. Szron na trawie i szadź na drzewach. Malowniczo bardzo, zimno dosyć. Bez wiatru i pachnąco bardzo zimą.

Od zeszłej środy mieszka u nas jeszcze jeden koń – Ibis, srokaty wałach (autochtoni mówią graniasty). Jak na razie po pastwisku wspólnym chodzi osobno – Amir go pędzi i nie pozwala się przyłączyć do grupy. Z Tangensem też tak było na początku, pędzony w sensie był, teraz jest kumplem szefa i Amir pędzi Ibisa, a Tangens asystuje. Takie końskie sprawy.

Ucieczki dwie były grane – we czwartek i w piątek. We czwartek siedzimy z Esterą i czytamy książkę, a tu konie za oknem w ogródku… O nie dobrze. Estera do łóżka, ja do sieni po kapotę i łapać towarzystwo które w między czasie przemieściło się na podwórko. Na początek udało się zamknąć bramę, zmniejszając szansę ucieczki na drogę i  pola, albo przez wieś. Potem udało się Ibisa zamknąć za bramą na łąki – zawsze to jeden mniej do ganiania. Joy (wszak ogier) szalał na swoim wybiegu widząc całą resztę zgrai baaardzo blisko. Udało sie złapać Amira i odprowadzić na miejsce, czyli na pastwisko. Nie udało się zawołać tam reszty – cała trójka (Dumka, Intendent i Tangens) zatrzymała się w pewnym oddaleniu i stamtąd obserwowała rozwój sytuacji, czyli to jak nim powiesiłem zerwanego pastucha na miejsce, Amir znalazł się znowu w ogródku… W reszcie udało się. Prawie – nie udało się wprowadzić Dumki, bo pole sąsiada, zaraz za drogą, było znacznie atrakcyjniejsze. Estera siedziała w domu w łóżeczku, a ja złapawszy i zamknąwszy cztery konie, piątego ganiałem po baaardzo dużej, niczym nie zamkniętej przestrzeni. Na szczęście nadjechał kolejny sąsiad ciągnikiem, zatrzymał się i we dwóch jakoś Dumkę zagnaliśmy na pastwisko. Odprowadzenie Ibisa spod stajni na pastwisko do reszty stada było w zasadzie tylko wisienką na torcie. Potem wyłączyć prąd w pastuchu, powiązać drut i taśmę, włączyć znowu i po robocie.

W piątek znowu zwiały, tym razem defilować z okazji 11 listopada na podwórku przed domem. Krokiem defiladowym zostały odprowadzone do stajni. Skończyło się świętowanie. W niedzielę rozpięliśmy nową taśmę wzdłuż drogi, sprawdziliśmy że prąd wszędzie dochodzi i tak ucieczki się zakończyły. Przybyło nam tylko kilometrów w nogach.

Sczeniaki rosną jak wściekłe, żrą na potęgę, a jak się nażrą to brudzą podłogę. Strasznie brudzą. Nie nadążamy sprzątać (w sensie myć na ten przykład) bo nim człowiek obejdzie dom cały papierem zbierając i usuwając mokrości, może już zaczynać od początku, w związku z czem na szorowanie nie bardzo starcza czasu w ciągu doby. Jak już jest szorowane, bo ktoś ma przyjechać na przykład, to szczeniaki oczywiści usiłują pomagać. Zresztą przy sprzątaniu papierowym też pomagają, co skutecznie wydłuża czas trwania całej operacji, bo człowiek ma tylko dwie ręce, z czego jedną przynajmniej zajętą papierem, co pozostawia najwyżej jedną rękę do odpędzania się od trzech szczeniorów. Awykonalne. Trudno jest i na dwie ręce walcząc nie wypuścić trzech szczeniaków do sieni, zwłaszcza jak silne parcie mają, żeby człowiekowi towarzyszyć.

A ile w nich miłości – zalizałyby człowieka na śmierć. Od kilku dni polują na Esterkę przemieszczającą się po domu z czymś potencjalnie chociaż nadającym się do jedzenia. Dopadają, kradną i zaczynają się bić o zdobycz. Czasem chcą się tylko z Esterką pobawić, wtedy ją dopadają, obalają i liżą. Zarówno strata żywności jak i objawy szczenięcej miłości powodują straszny wrzask dziecka. To z kolei powoduje nasze na szczeniaki warczenie i ustawianie ich na miejsce.

No i jeszcze jedna szczeniacza rozrywka – męczenie kota. Męczą straszliwie. Doganiają, napadają i albo tłamszą za kark, jak szmatkę, albo łapią za nogi i ciągną – to chętniej we dwa psy na jednego kota, przy czym zaznaczyć trzeba, że są już od kotów ze trzy razy większe. Lubianą również rozrywką jest przeciąganie kota – jedno łapie za ucho, drugie za ogon i dalej to już jak z przeciąganiem liny. W braku partnera można również złapać kota za ogon i ciągnąć go w kierunku przeciwnym do zamierzonego przez ciągniętego kota. Koty oczywiście wydzierają się w niebogłosy i… no właśnie, w zasadzie nie bronią się. Nie drapią bandytów, nie gryzą, nie fukają. A mama Glenda siedzi z boku i patrzy jak się jej dzieci bawią. Nie wtrąca się.

Dzisiaj rano Hela (jest największa) opracowała technologię wchodzenia na łóżko – teraz się dopiero zacznie!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii konie, psy i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s