coś się kończy, coś się zaczyna

Dzień zaczął się od konstatacji, że śnieg jeszcze leży – raczej mało niż dużo, ale jednak. Wystarczy, żeby było mokro i ślisko, nie wystarczy na lepienie bałwana, sanki i narty. Pojechaliśmy z Esme po zakupy mało sylwestrowe – wiadro na wodę dla Intendenta, bo połamał, żłób dla Joya albo Tangensa (jeden żłób czekał w warsztacie, żeby go powiesić, po drodze przybył koń Ibis i w efekcie dwa konie dostawały owies w wiadrach wstawianych do boksów). Zakupy spożywcze – porażka, bo wszyscy postanowili zrobić dzisiaj zakupy jak na koniec świata, a nie koniec kolejnego roku. Tłumy. Dzikie tłumy w Nasielsku, mającym koło 7 500 mieszkańców. Na ulicach korki. Dramat. Potem wyprawa po owies – zabraliśmy trzy worki owsa, wręczając trzy worki puste na zaś i kolejne 150 kg.

W drodze powrotnej do domu odkryliśmy, że konie są nie tam, gdzie być powinny – na łące nad rowem, zamiast na łące przy drodze. Deszcz i śnieg, jak się okazało, obniżyły pastucha więc towarzystwo się przemieściło tam, gdzie większe płaty trawy spod śniegu wystawały. Niech im będzie – impreza Sylwestrowa. Ogrodzenie już poprawione. Jutro Nowy Rok i stare pastwisko – takie życie.

Potem codzienne porządki w stajni – godzina, bez napinania się. Wywalić z boksów do czysta, przywieźć siano (paliwo w ciągniczku skończyło się akurat jak wjechałem do stajni, uff), pościelić, zasianić, wody nalać świeżej. Zgrabić i zamieść korytarz. Przykręciłem żłoby Joyowi i Tangensowi, podstawkę pod lizawkę – u Tangensa. Całe to przykręcanie zajęło nawet nie pieć minut. Nie można było dawno temu? Pewnie można, tylko zawsze były inne, ważniejsze sprawy po drodze. A potem objawiły się kozy…

Kozi gang znowu zbiegł ze spacerniaka i zrobił włam do stajni, tylko nie wzięły pod uwagę cwaniary, że ja tam byłem. Wczoraj mnie nie było (odkryłem je po chwili) i myślały, że powtórzą sukces – nic z tego! Kozy zostały wyproszone, następnie przy pomocy dźwięku owsa w kuble zaprowadzone do koziarni. W drewutni siedział kogut Zygmunt i kury (wczoraj koza Mećka je wypuściła z kurnika) więc całe towarzystwo, sztuka po sztuce, w asyście Truskawy i Heli (Deser w taką pogodę stara się nie opuszczać pomieszczeń pracowniczych) schowałem do środka. Na koniec weszły gęsi i tym oto cudownym sposobem, nim noc zapadła, cały inwentarz został przeliczony, zamknięty i nakarmiony. Konie spokojnie się pasą, w stajni wszystko przygotowane, wrócą wieczorem, jak zwykle. Dzień jak codzień. A jutro trzeba będzie poprawić kozie ogrodzenie, bo coś ta Mećka za sprytna się okazuje.

Pan Pikuś dostał kolejną kroplówkę, a potem wrócił do stajni, bo zaczął podgryzać w domu wszystko co mu wpadło w paszczę – na początek wpadały dmuchane koniki dziewczynek…. Szczeniaki, po południowym spacerze przy ogrodzeniu postanowiły minimalizować liczbę ruchów więc Truskawka z Helą zostały w stajni na sianie, zamiast wracać do domu – Deser wogóle od południa nie wychodził. Udaje, że go nie ma na fotelu w sieni. Albo nie ma go w oponie.

No właśnie, szczeniaki dostały pod choinkę wielkie opony samochodowe. Zrobimy z nich posłania – na razie jedna leży w sieni a w środku psie kocyki. Szczeniakom strasznie się takie spanie podoba. Przytulnie, okrągło, ze ścianami, jak w norze. W łazience czeka brezent, żeby zrobić z niego sienniki na wymiar opony i jak piesiaki (Esme tak na nie mówi) podrosną i przestaną się mieścić we trzy na jednym posłaniu, każde dostanie posłanie własne. W kwestii nauki rzeczy nowych, szczeniory są na etapie nauki na kogo lub co należy szczekać. Szczekają na przechodniów, przejeżdżające samochody. Szczekają jak usłyszą jakiś hałas na majdanie. Czujne są. A zaczęło się od tego, że któregoś dnia Truskawka szczekała na przechodzącego drogą sąsiada. Zawołałem ją – przybiegła, pochwaliłem. Mnie się wydawało, że chwalę za to, że przybiegła. Szczeniaki zinterpretowały to inaczej – kiedy sąsiad pokazał się z drugiej strony domu, pobiegły szczekając wszystkie trzy. I tak im zostało. Dobrze, że na razie przynajmniej, są odwoływalne. Jak idziemy gdzieś – na łąki na przykład – szczeniaki też idą. Pilnują się nas, co znacznie ułatwia sprawę. Przybiegają na wołanie, nawet jak strasznie dobrze im się buszuje w krzakach. Oby im zostało.

Coś jeszcze? Nic chyba. Koniec roku, a jutro nowy rok, nowy dzień i ta sama praca przy zwierzynie, co zwykle. Przynajmniej człowiek wie, czego się trzymać.

Sunrise, sunset
Sunrise, sunset
Swiftly fly the years
One season following another
Laden with happiness and tears

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii konie, psy i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s