ciepło

i od razu do przodu. Cały dzień zajęło nam zbudowanie – czy może raczej zabudowanie, albo przebudowanie? – kojca w koziarni. Cały dzień, czyli pewnie ze trzy godziny efektywnej roboty – półtorej pakowania szuflą do worków przedwiecznego syfu i półtorej cięcia drewna i przykręcania w stosowne miejsca. A wszystko dlatego, że Kózka F. niedługo powinna rodzić – brzuch ma wielki i wymię prawie do ziemi. Trzeba było zmajstrować dla niej miejsce, gdzie inne kozy nie zadepczą koźlaków. Trzeba wiedzieć, że kozy, razem z kurami, mieszkają w chlewie. To znaczy w chlewie a nie w chliwie. Chlew w pojmowaniu słownikowym to miejsce trzymania świń, a chliw w znaczeniu miejscowym to miejsce trzymania różnego inwentarza. Nasza koziarnia (d. chlew) to pomieszczenie z 16m2 z przejściem przez środek i czterema kojcami – po dwa po każdej stronie. Pierwszy po lewej zajmują kozy, drugi kury. Po prawej były różne różności – sztachety na płot, worki z plastikowymi śmieciami do wywiezienia (w głębi), drewna trochę i ostatni węgiel – zaraz przy drzwiach. Tyle teoria. Praktyka wskazuje, że kozy mieszkają WSZĘDZIE. Wyjadają kurom ziarno, depczą sztachety i plastiki, paskudząc przy tym, rozwalały worki z węglem. Wszystko, oczywiście, nasza wina. Kojec dla kóz budowaliśmy czekając na jadącą właśnie do nas Kózkę F. (wtedy zwaną Bożenką) nie wiedząc jeszcze, co kozy potrafią. Posprzątaliśmy więc kojec, zbudowaliśmy metrowy mniej więcej płotek z drzwiczkami od strony przejścia i gites. Nie wpadliśmy na pomysł, że również mniej więcej metrowej wysokości murek oddzielający przestrzeń dla kóz od przestrzeni dla kur oddzieli przestrzeń wyłącznie wizualnie, bo kozy skaczą. Murek dodatkowo je zachęca. Potem, z czasem, kozy zweryfikowały – negatywnie – solidność mocowania skobla od drzwiczek…
Od tej pory biegają po całej koziarni i żadna znajdująca się w środku ściana działowa ich nie zatrzymuje. Kury oczywiście potrafią latać – no, przynajmniej podfruwać – więc też przebywają wszędzie. Kozy czasem otwierają drzwi, kury uciekają na podwórko, zamiast do zbudowanego dla nich barbakanu i jest ogólnie radośnie. Dodać trzeba jeszcze, że gęsi też tam mieszkają. Nie skaczą, nie podfruwają (choć jedna, rozpędziwszy się w pogoni za szczeniakiem na podwórku, oderwała się od ziemi, widziałem!) co w zasadzie jest jeszcze gorsze. Gęsi zawsze wracają ostatnie i jakoś tak zostają w przejściu. A kupy robią wielkie i zielone, często. Przepraszam, tak jest, nic nie poradzę.

Żeby Kózka F. mogła mieć trochę spokoju i prywatności przy i po porodzie, trzeba było zadziałać. Resztki drewna i miał z węgla wyjechały do worów a w worach na zewnątrz i zbudowaliśmy kojec porodowy. Nauczeni doświadczeniem, płotek postawiliśmy prawie pod sufit, czyli z półtora metra będzie (koziarnia ma jakieś dwa metry wysokości). Decha poziomo, między jednym ze słupów środkowych a ścianą, decha przy podłodze i do dech pionowo sztachety. Pozostaje jeszcze przymocować żerdzie poprzeczne, między nowym kojcem porodowym a następnym, gdzie ciągle są sztachety i plastiki, zrobić zamknięcie (łańcuch wokół słupa, zapinany na karabińczyk jest chwilowo na pierwszym miejscu listy pomysłów zdających się być dobrymi) i będzie gotowe.

Oczywiście wszystkie szczeniaki, Łata i Cytra musiały nadzorować prace. Przyszły też koty, gęsi stały wrzeszcząc, tuż za drzwiami. Do pewnego momentu kozy odmawiały opuszczenia obiektu – Mećka zrzuciła mi na rękę deski – a co, mogłem ich nie opierać pionowo o ścianę, sam chciałem, nikt ie kazał, myśleć było – ale w końcu dały się namówić na wyjście.

W planach było w ten sam sposób zabudowanie obecnego kojca dla kóz, kurzalni i ostatniego kojca, ale oczywićie plany się zmieniły, pod wpływem przemyśleń wspieranych internetem. Zabudujemy miejsce dla kur, żeby kozy ich nie wypuszczały i nie wyjadały im ziarna. Resztę – z wyłączeniem kojca porodowego – zostawimy kozom. Rozbierzemy płotek i drzwiczki od pierwszego koziego kojca, wyniesiemy resztę rzeczy zbytecznych (nie chcę używać słowa śmieci, bo sztachety są zupełnie nowe), pościelimy po całości i niech se kozy mają. Tak je przechytrzymy – nie będą zwiewać, bo nie będą – nie licząc ścian zewnętrznych budynku – zamknięte. Trochę to może z naszej strony podłe zabierać im przyjemność uciekania, ale życie to nie jest bajka. Będą musiały się przyzwyczaić.

Ania chce owce wrzosówki…

P.S.
Przeglądając ogłoszenia w poszukiwaniu owiec takie cudo znalazłem:

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii kozy, psy i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s