porządki

Wiosna idzie. Konie zaczynają coraz bardziej linieć. Dzisiaj pół dnia cięliśmy leszczyny w ogrodzie. Trzy czy może cztery kępy legły, ze dwanaście metrów posunęliśmy się do przodu – zostało siedemdziesiąt. Sukces polega na tym, że Ani udało się wreszcie rozpalić ognisko, więc cała dzisiejsza drobnica i znaczna część tej czekającej od jesieni posprzątana definitywnie. Urosła spora sterta grubszych badyli do pocięcia – sporo tego będzie. Jak uda nam się wyciąć to, co zostało, to drewna starczy chyba na rok palenia w piecu. Niesamowite, ile tego jest – a parę kępek mogłoby się wydawać. Jak rośnie, to rośnie i zasłania widok. Jak się zetnie, to powstaje bałagan nie do opisania. A jak się potnie, powstają stery drewna. Mam nieustające wrażenie, że ścięta leszczyna przynajmniej podwaja swoja objętość. Oczy znowu mam pełne trocin. Udało się, bo dziadkowie zajmowali się dziewczynkami…

Ania rozebrała resztki przedwiecznych płotów (dobrze się nimi rozpala w piecu). Został jeszcze tylko mały kawałek, może ze cztery metry. Jak się tu sprowadziliśmy, płoty były wszędzie. Stare, niskie, ze spróchniałych, szarych sztachet. Wokół podwórka, między podwórkiem i domem, domem i sadem, za domem wokół ogródka kwiatowego, między kwiatowym ogródkiem a sadem. Wszędzie. Rozbieranie tych płotów było chyba jedną z pierwszych rzeczy jaką zaczęliśmy robić, żeby oswoić przestrzeń. Niebywałe jak taki detal, zdawałoby się, jak kawałek niskiego płotka, zmienia wygląd obejścia. Sprawiały dość przygnębiające wrażenie. Niby nic, a walka z tymi sztachetami zajęła sporo czasu. W czerwcu zeszłego roku postawiliśmy swoje płoty, gdzie indziej, lżejsze – dwie dechy między słupami z podkładów klejowych. Teraz jest po naszemu.

Po południu znowu usłyszeliśmy żurawie. Najpierw leciał wielki klucz – dwadzieścia cztery ptaki. Nigdy jeszcze nie widzieliśmy tylu na raz. Potem w kolejnym kluczu przeleciało dziewięć. W chwilę po nich jeszcze jeden, samotny żuraw. Leciał nisko i głośno krzyczał.

Jeszcze jeden obrazek: Ania na Ibisie, w asyście szczeniaków, jeżdżąca na łące. Lubię takie obrazki oglądać przez drzwi do ogrodu, siedząc na kanapie. Chcieliśmy konie w domu, to mamy.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, konie i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s