my róbmy swoje my musimy siać

i zasialiśmy.

W ubiegły piątek pojechaliśmy do Pułtuska. Cała wielka wyprawa, ale jakże owocna. W Golądkowie uporządkowaliśmy sprawy kóz naszych i Miłej Sąsiadki. W Pułtusku odebraliśmy nasze mapy do celów projektowych, Ania złożyła wniosek o wtórnik prawa jazdy, wykupiliśmy wszystkie mieszanki i nie mieszanki traw z centrali nasiennej – razem 104 kg.

We środę przyjechali sąsiedzi dwoma ciągnikami i zaorali nam kawał pola. Na dwa ciągniki i dwa pługi szło sprawnie – razem siedem skib jednocześnie. Oczywiście utrudnienia były – padał deszcz i koła ślizgały się w mokrej ziemi. Z tego powodu połowa tego, co jest do obsiania została nie ruszona. Spalimy wyrosłe tam zielsko herbicydami, zaorzemy i posiejemy później.

We czwartek bronowanie i siew – też na dwa ciągniki robota. Nie wiem na czym to polega, ale jest dla mnie coś magicznego w tańcu tańczonym przez kilka ciągników na jednym kawałku pola czy łąki. Zawsze mnie to urzeka. Jeden ciągnik po prostu pracuje. Dwa zaczynają już dziwny taniec. Trzy – cały balet. Piękne. I wszystko bez słów, bo i tak nic nie słychać z kabiny. I wszystko współpracuje i tworzy spójną, logiczną całość. Wszyscy wiedzą, co mają robić. Wszystko gra i dąży do jednego celu. Esme po powrocie z przedszkola nie chciała iść do domu – chciała patrzeć jak się sieje. Chodziła ze mną po polu, zbierając co większe kamienie. Obsiane owsem z trawą  jest 1.2 ha. Ponad drugie tyle czeka na swój czas. Krzywe pole zrobiło się wyrównaną przyszłą łąką. Jeżdżąc z siewnikiem zobaczyłem, że wszystkie graby posadzone jesienią jako żywopłot puszczają pączki. Tej jesieni trzeba będzie dosadzić resztę, bo jakoś do tej pory nam się nie udało. Nic to. Robota nie zając, rok w te czy w tamtą nie robi różnicy. Wszystkiego na raz i tak nie da się zrobić. Po malutku.

W ubiegły weekend, sprzedawszy Dziewczynki do dziadków, zaczęliśmy budować kojec dla psiarni. W rogu podwórka, koło stajni. Pogoda oczywiście robiła co mogła, żeby prace utrudnić, skoro mogliśmy działać nie pilnując dzieci. Sypał śnieg i wiał przenikliwie zimny wiatr. W sobotę udało się wkopać słupy i przygotować rowek na wylanie podmurówki. W niedzielę od rana betonowanie, a potem przykręcanie sztachet. Niektóre z nich uzyskały trzecie życie. Najpierw były bramą na łąki, ubiegłego roku stały się kawałkiem płotu koło stajni, w zeszłą niedzielę kawałkiem ogrodzenia psiego kojca. – Jak tu nie wierzyć w reinkarnację? – zauważyła Miła Sąsiadka. Zdemontowaliśmy bramę wjazdową – zrobiłem ją jak Ania była w szpitalu, czekając kiedy Ester postanowi wyjść z brzucha – i sztachety wykorzystaliśmy do ogrodzenia kojca. Furtka na podwórko zawisła jako furtka do psiarni – wymiar pasował idealnie, choć nie było to planowane i mierzone. Zwyczajnie po wkopaniu słupów od kojca popatrzyłem na furtkę na podwórko, miejsce na furtkę w nowym ogrodzeniu, znowu na furtkę na podwórko i pojawiła się wizja, więc ją zrealizowaliśmy. Bez mierzenia furtka, jak na zamówienie robiona. Casualidad. Nie udało się skończyć sztachetowania od strony drogi, bo akumulatory od wkrętarki zużywałem szybvciej, niż nadążały się ładować. Może dokończymy dzisiaj? I może budę uda się zrobić?

Pierwszy raz wydoiliśmy Kózkę F. Podstępnie zamknęliśmy koźlaki w kojcu a Kózkę F. w koziarni ogólnej, dzięki czemu rano wymię było pełne. Miska mleka-  nie za wielka – z tego się uzbierała. Ania zrobiła jogurt.

Gdzieś zniknął π Kot.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, kozy, psy i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s