brzydkie chmury goniły po niebie

od samego rana. Strasznie przy tym wiało, znowu padało coś przypominającego saletrę. Ogólnie pogoda robiła co mogła, żeby zniechęcić nie tylko do pracy, ale wogóle do wychodzenia z domu. Ale od początku.

Zaczęło się od wielkanocnego śniadania z dysonansem – Jasiek jadł musli z jabłkiem, a my we trójkę porządnie tłusty boczek, dla niepoznaki kładziony na kromki pszennej buły. Koło jedenastej udało nam sie wypełznąć z domu i zacząć działać (Ania oczywiście bohatersko o 9:00 puściła konie, odpowiednio wcześniej je nakarmiwszy. Mieliśmy zrobic nową bramę. Zrobiliśmy. Jest w klimacie Czarnej Bramy Na Łąki. Zajęło to cały dzień. Przynieść deski, pomyśleć, pomierzyć, pociąć, pozbijać, przymierzyć, poskręcać, przykręcić zawiasy, powiesić. Potem furtka – maleństwo 94 cm wysokie, 90 cm szerokie. Z tym było najdłużej, choć zdawać by się mogło, że to akurat pójść powinno najprędzej. Guzik. Trzy razy przekładanie desek, myślenie, przekładanie, żeby w końcu poskręcać i powiesić. Udało się. Jakoś w efekcie bidnie to wygląda – jak się pomaluje (nie powiem czym, żeby nie drażnić ochraniaczy środowiska) będzie w porządku. Przy okazji poprawiliśmy Czarna Bramę Na łąki – teraz nie trzeba jej podpierać na kamieniu, ma nóżkę na której się opiera, kiedy jest zamknięta. Nie opadnie. Kamień przeniosłem i służyć będzie do przytrzymywania otwartej nowej bramy wjazdowej.

W międzyczasie Jasiek porozbierał stare wrota do stodoły, zalegające na podwórku od czerwca zeszłego roku. Część desek pójdzie na ogrodzenie, część do piece, trochę już się pali, podgrzewając dzisiejszy późny obiad. To, czego rozebrać się nie dało, przenieśliśmy z Anią na bok, pod ogrodzenie psiego kojca. W ten sposób odzyskaliśmy kolejny kawałek podwórka, likwidując część zwyczajowego bałaganu.

Idąc za ciosem, Ania wygrabiła słomę spod stodoły, schowaliśmy spychacz do śniegu, kosiarkę, różne deski i narzędzia. Takie świąteczne porządki. Na podwórku trochę przejrzało. Została jeszcze tradycyjna kupa piachu, leżąca prawie na środku. Też się w odpowiednim czasie posprząta – trochę pójdzie w jakiś beton, trochę na wyrównanie i osuszenie podwórka.

Kojec dla psów jak na razie pozytywnie przeszedł loty próbne. Hela i Deser siedziały w nim zamknięte przez cały dzień i … nic się nie stało. Nie zwiały. Nie przekopały się – próbowane było, owszem. Nie przegryzły sztachet – też kombinowały, ale to akurat pewnie tylko kwestia czasu. Popracujemy nad wzmocnieniem. Zamykając je w kojcu na podwórku uzyskaliśmy efekt psów w charakterze dzwonka do drzwi – tak lubiany na wsi. Psy zaczynają jazgotać widząc kogoś na drodze. Nie pobiegną i nie wystraszą, o gryzieniu nie wspominając, a wiadomo że trzeba spojrzeć co jest grane. Nie przypuszczałem, że psy w kojcu będe trzymał, ale życie zmusiło. Źle chyba nie mają – 16 m2, słońce, cień, do wyboru. Musimy im zbudować budę (może w przyszłym tygodniu?), będą mogły nocować na dworze. Dziś znowu śpią w stajni.

Dzisiejsze porządki po raz koeljny potwierdziły moja tezę, że życie na wsi polega w znacznej mierze na przenoszeniu obiektów z punktu A do punktu B. A potem do kolejnych punktów. Tak jest ze wszystkim – z sianem które trzeba z łąki wrzucić na przyczepę, z przyczepy do stodoły, a wszystko po to, żeby potem ze stodoły przenieść je do stajni i dać koniom. To samo słoma – załadować z pola (albo od kogoś ze stodoły), potem schować gdzieś pod dach u siebie, później zanieść do stajni i pościelić w boksach, następnego dnia raz jeszcze przenieść, tym razem na gnojownik – w formie mniej lub bardziej przez konie zmienionej – a na koniec załadować na rozrzutnik i wywieźć na łąki, jako nawóz. Nieustanne przenoszenie. Drewno – ściąć drzewa, poodcinać drobne gałęzie, przenieść na ognisko, podgarnąć, żeby się dobrze paliło; grubsze poskładać w sterty. Każdą gałąź grubą wziąć raz jeszcze do ręki, pociąć na kawałki. Załadować, przewieźć do drewutni, rozładować. Co grubsze kawałki po raz kolejny, jeden po drugim wziąć do ręki, porąbać. To, co porąbane poskładać w drewutni od nowa. A potem znowu przenoszenie – pociętego drewna do domu, wkładanie do pieca, a potem wynoszenie popiołu. Jedna rzecz w rękach raz po raz, w niewielkich odstępach czasu.  I wszystko niespiesznie, bo jak człowiek zacznie biegać to się za szybko zasapie i nic nie zrobi. I znowu dużo czasu na rozmowy, obserwację rzeczywistości i wymianę spostrzeżeń. Wszystko musi potrwać tyle, ile musi. Nic szybciej się nie da. Wszystko ma swój rytm. Jak jest jasno, to się pracuje. Jak jest ciemno – w zasadzie się śpi, chyba że w obejściu są zwierzęta, ale one też w rytmie dobowym działają. Mniej więcej. Wszystko ma swoja porę. Wszystko musi swoje potrwać – to uczy cierpliwości. Metodycznie, do przodu.

Wietrzne, chłodne dni mają tę również zaletę, że jak po kilku godzinach spędzonych na podwórku wejdzie się domu, to jest w nim miło i ciepło. Nawet jeśli temperatura wewnątrz wynosi 15°C, czyli jest chłodno, nawet według naszych standardów. Wystarczy rozpalić w kuchni – ugotuje się obiad, zagrzeje się woda na kąpiel i w pokojach zrobi się ciepło – teraz jest 20°C w kuchni i salonie i 16°C w sypialni i łazience. Chłodne powietrze dobrze wpływa na cerę.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s