dzień nieznośnej dziewczynki

w roli głównej – Estera. Oda samego rana wszędzie było jej pełno, co wcale nie pomagało w pracy, a tej zaplanowaliśmy trochę. Biegała, uciekała, rozwalała, właziła do samochodu. W końcu Ania wzięła ją na przejażdżkę do sąsiadów – pojechały spytać o telefon do gościa który ma do sprzedania siano w belach i oddać ropę za pracę na naszym polu. W nieco wydłużonej drodze powrotnej Estera zasnęła i zaczęliśmy intensywniej działać.

Wczoraj rano pojechaliśmy z Esme i Z z pobliskiego rancho po kury. W końcu był 10 kwietnia, a na 10 były zamówione. 20 kokoszek dla nas i 10 dla Z. Zachowaliśmy się jak autochtoni – koniecznie trzeba być rano, bo… no właśnie? Bo co? No nic. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, po  kury stała kolejka. Ludzie brali po setce kokoszek i dwadzieścia kogutów. Nasze zamówienie na kokoszek dwadzieścia wyglądało przy tym skromnie. Czekaliśmy chwilę, bo jak się okazało Z nie był wpisany do czarodziejskiego zeszytu z zamóĻwieniami i powstało zamieszanie. Patrzylismy jak pan na ciężarówce wyjmuje z klatek kury – takie małe, ośmiotygodniowe – po dwie na raz, łapiąc za co popadnie, a potem wrzuca je do siatkowych, plastikowych worków w jakich zwykle sprzedaje sie warzywa w większych ilościach. Po dwadzieścia kur do wora, albo i lepiej. Worki lądowały potem w bagażnikach samochodów. Zwykle w sąsiedztwie paszy, bo przecież czymś kury karmić trzeba (no chyba nie ziarnem?). Ktoś pakował kury prosto do samochodowej przyczepki, pod plandekę. Ponad setkę kurczaków. Paszę schowali do bagażnika, żeby kury po drodze jej nie podziobały. Samochód prawie szorował tylnym zderzakiem po ziemi, tak był obciążony – kupili chyba zapas paszy na cały rok. Kierowca marny, manewrowanie z przyczepą mu szło średnio, więc chwilę kręcił się o placu, spalinami z tuż nad ziemią znajdującej się rury wydechowej podnosząc tumany piachu i sypiąc nimi po oczach. W końcu udało mu się odjechać. W jakims momencie Esme przytomnie zapytała: A czemu te kury tak piszczą? A jak by wszystkie dzieci z Twojej grupy w przedszkolu ktoś wielki wrzucił do wora, na kupę i zawiązał, to byście nie piszczeli? – zapytał Z. Zapytał na tyle głośno, żeby ludzie w kolejce słyszeli, ale jakoś nie wzbudziło w nich to żadnej refleksji. Albo mistrzowsko opanowali kontrolę własnej mimiki. Esme zrozumiała. Nasze kury pojechały do domu w kontenerach do wożenia kotów. Samochód pachniał jak prawdziwy kombajn do zbierania kur po wioskach.

Potem długie zakupy – głównie żelazne. Śruby, wkręty, karabińczyki, szekle, elektrody do spawarki. Trochę zakupów ogólno domowych. Na koniec apteka i raz jeszcze kury – zostało 10 dla Z, jak się okazało.

Dzisiaj od rana przebudowywaliśmy kurnik. Planowane było od dawna, tylko jak zwykle nie było się kiedy za to wziąć. Postawiliśmy dwie ściany ze sztachet, odgradzając w ten sposób część dla kur od reszty zwierzętarni. Wytrzymałość konstrukcji kozy przetestują w nocy. Po prawie dwóch latach przygody z trzymaniem drobiu, wreszcie zrobiliśmy kurom gniazda do znoszenia jajek. znowu drugie i trzecie życie przedmiotów. Tym razem nowe wcielenie otrzymały pojemniki z Ikei, kupione ładnych parę lat temu do trzymania różnych różności, potem używane jako żłoby dla kóz i pojemniki na wodę, wreszcie przez kozy połamane. Teraz maja wycięte eleganckie, półkoliste wejścia i są przykręcone denkami do… budki którą kiedyś zrobiłem z płyt OSB, żeby nasze pierwsze kury miały gdzie się chować. Nie chowały się tam nigdy. Budka wylądowała w kącie. Teraz jest elegancka podstawą dla gniazd. Podest który zrobiliśmy jesienią 2010, żeby dało się postawić na nim zmywarkę – podłogi właściwej nie było, a na betonowej wylewce za podłogę robiącej leżały rury i trzeba było postawić maszynę nad nimi – został podstawką do poideł dla kur. Założyliśmy też w kurniku światło – dwie eleganckie lampy pod sufitem. Lampy nie z odzysku, za to kupione czas temu jakiś i czekające cierpliwie na swoją chwilę. Zapomniałem tylko zrobić gniazdko, żeby było gdzie podłączać lampę grzewczą, jakby znowu się coś rodziło chłodną porą. Nic – dorobimy jak będzie potrzebne. Żaden problem. Całość elektryki w kurniku podłączona jest przedłużaczem do gniazdka w stodole – jak pociągniemy docelowy prąd do budynków gospodarczych, wystarczy zmienić kabelki w puszcze i gotowe.

Pomalowaliśmy bramę wjazdową. Jest cała czarna i wygląda nieźle. No dobra – nam się bardzo podoba, ale jak wiadomo de gustibus non est disputandum. W ten chytry sposób obydwie bramy i obydwie furtki na podwórko są w tej samej poetyce.

Wspomnę jeszcze poniedziałkową wieczorną przeprawę z hydroforem. Trzeba było znowu dopompować zbiornik, bo ciśnienie było za małe i pompa się nie wyłączała. Samo dopompowanie nie pomogło. Znowu musieliśmy spuszczać wodę z kranów i od początku pompować. Popsikałem wyłącznik ciśnieniowy takim czarodziejskim psikadłem, napompowaliśmy i działa Się włącza i się wyłącza, jak powinno. Niby nic. Żadna skomplikowana operacja. Jedyna trudność polegała na tym, że hydrofor jest w piwnicy do której wchodzi się przez klapę w podłodze salonu i dziewczynki koniecznie musiały tańczyć i skakać właśnie przy tej otwartej klapie. Głęboko niby nie jest, ale kark skręcić można. Żadną miarą nie dało się ich od piwnicy odciągnąć. W końcu Esme padła znudzona powolnym rozwojem akcji.

W kurniku pali sie światło – Ania chowa kozy.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, kozy i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s