n nnnnn

tytuł wpisało dziecko któreś, albo kot. Tak to jest, jak porzuca się otwarty komputer w zasięgu szkodników. Trudno, niech zostanie.

Od rana w zasadzie, bez patrzenia w niebo wiadomo było, że będzie burza. Dziewczynki szalały. No, może nie od samego rana, bo nawet udało mi się pozamiatać, poodkurzać – w tym Estera nawet pomagała – oraz umyć podłogi. Przy myciu przeszkadzały już, jak umiały. Co zmyłem kawałek, Estera – oczywiście uprzednio się porozbierawszy do rosołu – musiała po tym kawałku właśnie przejść. Prześlizgać raczej, zostawiając czarne ślady małych stóp. W tym samym czasie Esme siedziała na kanapie, patrząc, czy patrzę i sugerując spuszczonymi w stronę mokrej podłogi nogami, że zaraz dołączy do ślizgającej się siostry. Koniec końców – udało się. Zapanowała na podłodze czystość.

Udało nam się wyjść na podwórko i się zaczęło. Dziewczynki dość szybko zainstalowały się na kupie piachu leżącej przed stajnią. Posypywały koty, siebie na wzajem, generalnie robiły wszystko to, co robią dzieci na kupie piachu. W zasadzie sielanka, gdyby nie fakt, że koty na tym piasku też robią wszystko to, co koty robią zwykle na piasku (z dwojga złego lepiej tam, niż w domu pod stołem, łóżkiem czy za kanapą). Nie udaje nam się przetłumaczyć dziewczynkom, że może w związku z powyższym nie jest to najlepszy piasek do zabawy. Z drugiej jednak strony również trudno jest wytłumaczyć Esterce, że najlepszą dla niej zabawką w sporej dość łazience wcale nie jest kocia kuweta… Trudno, tak widać musi być.

Po raz kolejny trzeba było ponaprawiać bramę wjazdową, choć zrobiliśmy całkiem nową zaledwie dziesięć dni temu. Tym razem pękł jeden zawias – no dobrze, on raczej z tych wiekowych był… Mam wrażenie, że nieustająco naprawiamy tę – w takim czy innym wcieleniu – bramę. Pierwsza brama, pierwszą naszą zimę przestała zdjęta, oparta o płot – było mnóstwo śniegu i istniało ryzyko, że jak ją przysypie, to się nie odkopiemy. Na wiosnę przed wjazdem zrobiło się takie błoto, że Volvo nie dało rady przejechać – zawisł na brzuchu i tak został. Wysypaliśmy na podjazd 13 ton kamieni. Okazało się, że brama wisi za nisko i nie da się jej zamknąć. Nie bardzo można było przekręcić same pasy od zawiasów, trzeba było przespawać bolce, na których się je wiesza (słupy od bramy są żelazne). Niedługo po przespawaniu oczywiście jeden musiał się urwać. Ponieważ nie mieliśmy jeszcze własnej spawarki, brama znowu zdjęta, oparta o płot stała dłuższą chwilę. Późnym latem robiłem wielki drewniany rygiel, bo zamykanie na hak puszczało przy pierwszym silniejszym wietrze. Jesienią coś mi przerwało pracę nad mocowaniem bolca, mającego na dole przytrzymywać skrzydła, wchodząc w ziemię. Tej wiosny puścił inny spaw i trzeba było poprawiać – spawarkę już mamy, więc tym razem poszło szybko. Potem nie pamiętam już przy jakiej okazji zawiasy przykręciłem na porządne śruby a nie na wkręty. Wreszcie 8 kwietnia zrobiliśmy nową bramę, więc zawias pękł wczoraj wieczorem – dzisiaj go wymieniliśmy. Zaczynam się zastanawiać, czy to może jakieś fatum jest?

Postanowiliśmy wziąć się za szczeniaki. Ponieważ próby uczenia ich czegokolwiek jak są razem, tym bardziej w kojcu, skazane są na niepowodzenie, bo całe towarzystwo zaczyna po sobie skakać, przepychać się a w końcu w robotę idą zęby, postanowiliśmy wyłuskiwać je pojedynczo na podwórko i na podwórku ćwiczyć siadanie i przychodzenie, nagradzając pysznościami w postaci suchego chleba, albo suchej psiej karmy. Pierwszą Ania wylosowała Helę. Hela siadanie na komendę uważa za absurdalne, skoro żeby dostać chlebek wystarczy podskoczyć i złapać za rękę. Oporna jest konsekwentnie. W końcu się udało i… przejechał samochód. Hela w charakterze płowej strzały wystrzeliła na drogę i pognała z jazgotem, wspierana ujadaniem reszty psiarni, zamkniętą w kojcu. Mignęła nam za zakrętem na drodze za lasem i pognała za samochodem dalej. Powstała obawa, że jak za kolejnym zakrętem zobaczy podwórko sąsiada i łażący po nim drób wszelaki, to zacznie się kolejna szczeniacza zabawa, a to będzie zupełnie nie śmieszne. Oczywiście na wszelkie nasze wołania i gwizdy w ogóle nie reagowała. Uszy wyłączone, a nawet jeśli coś tam uszy słyszały, to Hela to nie ona i nie do niej wołane było. Wróciła. dostała w nagrodę chlebek, bo jak pojawiła się na podwórzu, zawołana, natychmiast przyszła do Ani.

Kolejna była Truskawka. Siadanie ma opanowane do perfekcji. Usiadła ze dwa razy i… przejechał samochód. Dopadła go na zakręcie, wyglądało na to, że zaraz odgryzie mu lewe przedni koło. Nie odgryzła, pobiegła dalej. Wróciła szybciej niż Hela, za to bardziej zziajana – jest cięższa. Wróciła oczywiście nie dlatego, że ja wołaliśmy, a dlatego, że akurat się znudziła pościgiem. Na podwórku pokazała zresztą, co myśli na tema przychodzenia na wołanie. Przychodzenie jest dla frajerów, a ona do nich nie należy. Myszkowała po kątach, wogóle nie reagując.

Deser siadał bardzo ładnie, przychodził w zasadzie też. Za samochodem nie pobiegł, bo żaden akurat nie przejeżdżał. Przyszła kolej na Pana Pikusia. Wybiegł w radosnych podskokach, przebiegł niespiesznie przez podwórko i zniknął za domem. Oczywiście Pan Pikuś na wołanie w ogóle nie reaguje. Nawet nie udaje, że nie słyszy. On żyje w swoim świecie. O dziwo za domem się zatrzymał, choć obstawiałem, że będzie tak sobie niezbornie podskakiwał powoli znikając na horyzoncie. Jednak się zatrzymał. Potem, o dziwo ZAREAGOWAŁ na wołanie Ani. Podbiegł skuszony żarciem i… złapał Anię za rękę. Nie złośliwie, po prostu w ręku miała jedzenie. Nie chciał puścić, bo niby czemu? On tego nie robi złośliwie. Zwyczajnie nie zdaje sobie sprawy z faktu, że ma wielką paszczę, pełną wielkich zębów. Kiedy był jego czas na uczenie się jak mocno można złapać, żeby nie bolało, Pan Pikuś w ogóle nie bardzo kontaktował. Efekt jest taki, że w zabawie łapie za ręce dość mocno – bardzo mocno, prawdę powiedziawszy – w ogóle nie rozumiejąc, że kogoś to może zaboleć. Natomiast kiedy męczą go Hela, Truskawka i Deser (Głód, Śmierć i Zaraza?), zamiast kłapnąć zębiskami i się odgryźć, pokazując smarkaterii, że przesadziła – siedzi i żałośnie piszczy, obwieszony rozbawionymi szczeniakami. Ot, Pan Pikuś.

Dziewczynki znowu zaczęły rozrabiać. Esme biegała wymachując kijem, Estera biegała, potykając się, w kierunku przeciwnym. Oczywiście obydwie przestały reagować na to, co się do nich mówi. Kiedy Ania usiłowała wyjąć rękę z zębów Pikusia, Esme stała nad nimi machając kijem i Pikusia strasząc. Kot zainstalował się na półce pod stojącym w ogrodzie stołem. Wreszcie Ani udało się namówić panny na pójście nad staw i sprawdzenie, czy może ze skrzeku wylęgły się już kijanki. Zabrałem się – z braku lepszego pomysłu – za wiercenie w ziemi dziur na słupy do ogrodzenia od strony drogi. Przyjechali Dziadkowie.

Dziadkowie zabrali dziewczynki, wzięli rower Esme, wózek Estery i poszli drogą na spacer. Esme miała się uczyć jeździć (duży rower dostała we czwartek). My wróciliśmy do ogrodzenia. Na horyzoncie zaczęły się pojawiać wiosenne, burzowe chmury. Wierciliśmy, od czasu do czasu walcząc z korzeniami i kamieniami – szło dość wolno, ale szło. Wstawiliśmy pięć słupów – tyle brakowało, bo czerwcu zeszłego roku przerwaliśmy na chwilę stawianie płotu a potem jakoś zajęliśmy się czymś innym, ważniejszym… Minął zaledwie prawie rok i ogrodzenie stoi. Ogród wygląda zupełnie inaczej. Kolejny element, porządkujący przestrzeń. A że płot trochę falujący jest? Co tam. Gdzieś nam się przy którymś z pierwszych słupów coś omsknęło o małe 20 cm i powstał pierwszy garb, a potem to już poszło. Grunt, że płot stoi. Oczywiście na początku miało być inaczej – świetliste kręgi, chóry i stopnie abstrakcji – eleganckie płoty ze sztachet wokół podwórka i ogrodu. Życie na szczęście weryfikuje takie niedorzeczne pomysły. Jest płot w poetyce farmerskiej. Słupy i deski w poprzek. Ogrodzenie zaznaczające tylko koniec ogrodu, bo nie zatrzyma ono niczego ani nikogo. No może zatrzyma konie zajęte jedzeniem trawy, albo dajmy na to niezbyt rozpędzone krowy, pod warunkiem, że postanowią się zatrzymać akurat przed płotem. Bo jeśli postanowią się o płot oprzeć, to go połamią. Jeśli postanowią płot zignorować to nawet nie zauważą, że go zignorowały. Psy, żeby przejść pod spodem nie muszą nawet zwalniać, nie mówiąc już o schylaniu choćby głowy – nawet może to i lepiej, nie będą nam się przekopywać pod płotem niszcząc roślinność. Człowiek nad dolną a pod górna deską też przechodzi dość wygodnie. Ale mamy skończony płot! Tak chcieliśmy. Teraz jeszcze tylko pomalować poprzeczne deski… To kiedyś, w wolnej chwili i braku pilniejszych zajęć.

Wieczorem pojechałem do sąsiadów pomóc z angielskim. Posiedziałem nad angielskim, pogadaliśmy w oborze, przy dojenie krów, pogadaliśmy w domu, przy herbacie. Zrobiło się strasznie późno (dobrze po dziewiątej). Wróciłem do domu. Po pozbieraniu porozrzucanych zabawek i ubrań, pozamiatałem podłogę. Można by ją też w zasadzie umyć – nie zaszkodziłoby…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, psy i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s