majówka – aktywacja

W ubiegłą niedzielę zaczęliśmy poprawiać ogrodzenie dla kóz. Naszą zeszłoroczną konstrukcję kozy dość szybko zweryfikowały negatywnie. Siatka leśna o dużych okach, okazała się nie być dla kóz żadną przeszkodą. Kózka F i Gryzmołek przechodziły przez oka, majka przechodziła pod spodem, wkładając głowę pod dolny drut, a potem przepychając resztę kozy. Naiwnie wkopaliśmy wtedy słupy co pięć kroków, więc naciągnięcie drutów było średnio wykonalne, choć próbowaliśmy wielokrotnie. Efekty był taki że pochylały się coraz bardziej słupki narożne i siatka znowu wisiała… Próbowaliśmy podłączyć ją do pastucha – wszystko się uziemiało. Drut od pastucha, rozciągnięty wewnątrz, na dole, kozy zerwały  bardzo szybko. Poprzypinałem siatkę na dole szpilkami z drutów zbrojeniowych – też nie pomogło. Teraz na rogach sa podkłady kolejowe, a słupy stoją co 2,5 metra, wkopane na metr, a nie pół metra. Siatka jest założona podwójnie, żeby oka się nakładały z przesunięciem o pół długości. Druty są pozaplatane. Całość jest sztywna. Zrobiliśmy też furtkę wejściową, żeby była możliwość dostania się na wybieg bez konieczności przeciskania się małym wyjściem z koziarni. Jak na razie działa od czwartku. Kozy pewnie zaczną zwiewać, jak skończy im się świeża trawa.

Trzeci dzień z rzędu wydoilismy rano Kózkę F. Zamykamy ją na noc w kojcu razem z Mećką, za to bez koźlaków. W ten chytry sposób co rano mamy litr koziego mleka. Jest nieźle. Niedługo będzie można zrobić twaróg – dziewczynki go uwielbiają! Tymotka znowu była dzisiaj w domu, dziewczynki karmiły ją mlekiem z butelki i wszystkie trzy wyglądały na zadowolone. Najmniejsza nasza koza w ogóle łazi za Esme i Esterą jak pies. Wszystkie kozy wieją – Tymotka pędzi do człowieka i chodzi przy nodze. Piękne! Panienki pilnują również, żeby nie zapomnieć nakarmić kur. Estara umie powiedzieć kuła…kuła choć!

We czwartek przyjechał sąsiad i spryskaliśmy perz na polu. Jak zżółknie, będzie można zaorać i zasiać resztę łąk. To już jest zasiane zieleni się, aż miło patrzeć! Rośnie też trawa na łąkach sianych w zeszłym roku. Oczywiście przy tej okazji okazało się, że słupy które wkopaliśmy jesienią, żeby podzielić całość na kwatery, wkopaliśmy nie na ranicy nowej łąki, tylko tam, gdzie nam się podobało. Dwa trzeba będzie przestawić o kilkanaście metrów. Nieustające stawianie i poprawianie ogrodzeń. A pierwszym roku rozbieraliśmy stare płotki nieustająco. Może na tym to polega, że przestrzeń trzeba podzielić i zagospodarować po swojemu? Chyba tak.

Dokończyliśmy wyjście ze stajni na padoki. Znowu wkopywanie słupów! Tym razem trzech. W ten sposób jest wygodny drąg, do którego można uwiązać konia, stawiając go na betonie, który przypadkiem odkryliśmy usiłując wbić palik od pastucha w ziemię. Okazało się, że kiedyś tam była stodoła i wylewka będąca podłogą została przysypana ziemią. Odkopaliśmy ją – Ania właściwie odkopała, po kawałku dziubiąc od zeszłego czerwca. Teraz jest kawałek równej, w miarę, powierzchni, na której można konia postawić, wyczyścić mu kopyta, umyć je i nie zrobić przy okazji potwornego błota. A z betonu, prosto przez brukowane wejście do stajni. I wszystko dalej czyste – bardzo to ułatwia życie. Wracając do rzeczy – za stajnią też przestrzeń podzielona i ogarnięta po naszemu. Obok ścieżek którymi przechodzą konie posialiśmy nawet z dziewczynkami trawę, żeby jakoś to wyglądało. Dziś się zastanawiałem, jak będę ją kosić, bo kosiarką tam raczej nie dam rady wjechać nie robiąc spustoszenia. Coś wymyślimy.

Wczoraj przerobiliśmy stary, kuchenny stół. To już, niech policzę, czwarte, jeśli nie piąte życie. Najpierw był zwykłym kuchennym stołem u mojej prababci. Takim pomalowanym olejna farbą na biało, kuchennym stołem z dwiema szufladami pod blatem. Potem był kuchennym stołem na Ursynowie – moja mama przemalowała go wtedy na czarno. Kiedy zamieszkaliśmy z Anią razem, stół oszlifowałem, pomalowaliśmy lakiero bejcą i był stołem na balkonie. Trochę mu się porozsychał blat od deszczu, słońca i mrozu. Przyjechał z nami tutaj i stał w stodole, do zeszłego roku, kiedy to zanieśliśmy go do wędzarni, położyliśmy bukowy kuchenny blat ze zlewem (zabraliśmy je z naszej ursynowskiej kuchni, choć miały zostać, bo wydawało się, że i tak się nie przydadzą…) Miało być miejsce do robienia przetworów – zrobiło się miejsce składowania słoików, butli na wino, talerzy, garnków i innych nie używanych w domu sprzętów kuchennych. Wczoraj wszystkie te graty pozestawiałem, blat zdjąłem, stół wyciągnąłem. Zdjąłem porozsychane deski z wierzchu, wywaliłem popaczone szuflady. Na wierzchu wylądował inny kawałek ursynowskiej kuchni – blat z otworem na płytę gazową. Potem płyta. Pod spodem półka, a na niej piekarnik. Dzisiaj przy pomocy Z z pewnego rancho wtaszczyliśmy to do domu. Poprzestawialiśmy kredensy i stół, poprzewieszaliśmy obrazki i w zasadzie gotowe.  Jeszcze butla, wąż, reduktor i będzie można latem gotować nie podnosząc temperatury w domu do 30*C. No i znowu będziemy mogli piec! Przez te dwa lata też mogliśmy, ale wymagało to rozpalania w piecu chlebowym stojącym w wędzarni. Latem – fajna zabawa, jak się ma ochotę na pizze przy ognisku, ale zimą na przykład – trochę skucha… Teraz będzie prościej.

Dzisiaj rano, kiedy dziewczynki osiągnęły apogeum bałaganienia – w jakimś momencie na przykład siedziały na nocnym stoliku w sypialni, bok w bok, jak na ławeczce w parku i metodycznie kruszyły każda swoją bułkę, z braku stawu i kaczek pod ręką, na podłogę… – przyjechali sąsiedzie. My rozbebrani, w piżamach, chlew na izbie, odkurzacz na środku, oni zwarci i gotowi, jak zwykle. Pięknie! Chodziło o to, czy będę po południu mógł zawieść J do Nowego Miasta, bo dzisiaj jest właśnie impreza na trzydziestopięciolecie jego skończenia podstawówki. Jasne, że mogę! O imprezie była mowa od strasznie dawna, to fakt. Nie przewidziałem tylko swojego w nią potencjalnego wkładu. Ale jasne, że mogę! Gdyby nie ci sąsiedzi, pole mógłbym sobie przekopać szpadlem albo motyką, wedle uznania. Perz pryskalibyśmy spryskiwaczem do kwiatków a owies i trawę siali ręcznie. Tak samo jak w zeszłym roku, gdyby nie oni, to słomę byśmy w bele zwijali używając kołowrotka do zwijania węża od wody, a nawóz na łąki wozili z gnojownika naszym małym ciągniczkiem, rozrzucając widłami. Jasne, że mogę zawieźć!
– Ale wiesz, przyjechałbyś potem po nas w nocy?..
– No pewnie! O której?
– Nie wiem, zadzwoniłbym…
– Pewnie, że przyjadę!
Siedzę, piszę, czekam na telefon – wstępna umowa na koło 2:00. Chyba, że zadzwonią, że ktoś ma miejsce w samochodzie i ich przywiezie… Czekam.

Popołudniowe podwożenie sprawiło mi sporą przyjemność – miło było patrzeć na uśmiechniętych ludzi, z których niektórzy spotkali się po trzydziestu pięciu latach. Wszyscy wyluzowani, piękna, letnia pogoda. Pojechali bawić się w gospodarstwie agroturystycznym za Nowym Miastem – bardzo ładne i stylowe, muszę przyznać, miejsce. Spodziewałem się czegoś w rodzaju domu weselnego straszącego wyszukanie finezyjną architekturą, przy którejś z większych dróg, a tu proszę – skromny, stary biały dom w lesie, na uboczu, ładne podwórko z kamiennymi budynkami. Jestem pod wrażeniem. Czekam.

Jeszcze jedna nas dzisiaj przygoda spotkała. Pod wieczór, kiedy wróciłem do domu i poszliśmy z Anią zrobić wieczorny obrządek w stajni, nagle zaczęły jazgotać szczeniaki, wszystkie konie poustawiały się na padokach patrząc w jedno miejsce – gdzieś za nasz las, w stronę lasu sąsiada, za drogą. Wydawało mi się, że słychać stamtąd jakiegoś psa któremu coś się chyba dzieje. Szczeniaki zagłuszały skutecznie. Włączyła się Cytra i Pan Pikuś. Znowu te dziwne dźwięki – skowyt, nie skowyt? – zaczęliśmy się zastanawiać, czy to może koty się piorą? Budynki dźwięk odbijały i już nie byliśmy pewni, skąd właściwie i co słychać. Zmieniliśmy opatrunek Lakshmi, daliśmy koniom wody i siana na padok, Ania sprowadziła Joya i Ibisa. Idąc do domu stwierdziliśmy, że nie widać Łaty. W sieni też jej nie było. Wziąłem latarkę, bo zrobiło się szaro i poszedłem wołać. Po chwili przykłusowała od strony lasu… Była zziajana i wyglądała na zmęczoną. Gdzieś pewnie szalała i się zmęczyła. Grunt, że przyszła. Weszła do sieni i położyła się pod fotelem. Za chwilę Dziadek Wojtek – właśnie szedł do samochodu – wrócił i mówi: Choć, zobacz co ona ma na szyi… Miała WNYK. Trochę słabo… To był jej skowyt i pierwsza myśl którą oczywiście szybko odgoniłem, że ktoś dusi psa, okazała się przerażająco bliska prawdy. Na szczęście drut był cienki i wygląda na to, że jakoś dała radę go przegryźć. Trochę ma podrapaną prawą, dolną powiekę i pysk w środku pokaleczony. Dobrze, że tylko tak się skończyło!

Łata, najadłszy się, śpi w sieni. Czekam na telefon z imprezy. Dobranoc.

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, konie, kozy, psy i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „majówka – aktywacja

  1. MH pisze:

    Biedna Łata! Daj jej wielką kość, a debila znajdź i zakop żywcem na polu pod padokiem!

  2. rf pisze:

    would love to!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s