nasze wielkie wiejskie wakacje

czas upływa generalnie nadal pod znakiem siana. Tydzień temu ścięliśmy dwa kawałki łąki nad rowem. Łąki sianej w zeszłym roku, więc trawa tęga! Mnóstwo w niej też koniczyny. Musieliśmy podzielić całość na trzy kawałki, bo środek jest tak nierówny, że nie da się ani kosić, ani zbierać. Nawet nie dało się przejechać załadowaną przyczepą tak, żeby nic nie pogubić. Chodzą tam konie i wyjadają. Z cięciem trawy musiało być oczywiście wariactwo, bo jakże by inaczej. A zapowiadał się normalny dzień.

Udało się pojechać wcześniej do przedszkola, tak żebym był w domu po rosie, jak przyjedzie ciągnik z kosiarką. Zdążyłem. Ania była na wybiegu dla kóz  – Majkel miał jakiś krwawy wyciek skądś. Po umyciu i oględzinach okazało się, że nie wyciek, a rozciął sobie z coś tyłu – do szycia. Trzeba wypuścić konie i pojechać do Miłej Sąsiadki po sprzęt i leki. Zdążyliśmy wejść do stajni jak na podwórko wjechał ciągnik z kosiarką. Wywaliliśmy konie, Ania z Esterą w samochód, ja otwierać pastuchy na łąkę. Trawa wysoka, koniczyna gęsta – pięknie. W międzyczasie dziewczyny stwierdziły, że Majkel rozcinając sobie z tyłu coś rozciął sobie przy okazji cewkę moczową – to już trochę skomplikowało sprawę, potrzebny był cewnik, po który trzeba było jechać do hurtowni w Serocku. Dziewczyny – wszystkie trzy – wsiadły w samochód i pojechały, ja wróciłem na łąkę. Kiedy było już prawie skoszone, przyjechał Pan K. z roztrząsarką do siana. Pogadaliśmy chwilę, Trawa skoszona, zapłacone, ciągnik z kosiarką odjechał. Pan K. miał mi pokazać, jak tą maszynerią jeździć. Zrobił ze dwa kółka po obwodzie i zaczęło sikać z przewodu od chłodnicy. Nic to. Poczłapałem do garażu po taśmę na gada – może wystarczy. Na chwilę owszem, starczyło, ale przeciekało – tak to nie robota. Postawiliśmy ciągnik bliżej podwórka, zabrałem Esterę, w samochód, do Państwa K. po nową rurkę, do sklepu po cybanty i do nas, rurkę wymienić. W międzyczasie koza Majkel, dawno już spremedykowana, nie chciała zasnąć, choć według wszelkich opisów powinna być bardzo wrażliwa na narkozę. Wyglądało na to, że mamy taki lokalny konkurs: Kto szybciej naprawi – dziewczyny kozę, czy chłopaki ciągnik. Byłem na tyle sprytny, żeby sprawdzić jaki klucz jest potrzebny do cybantów, nie przewidziałem tylko, że te stare, do odkręcenia będą miały śrubki o numer większe od śrubek w nowych. Jeszcze jeden kurs na podwórko i spowrotem, chwila dłubania, rura wymieniona. Woda w chłodnicy uzupełniona i jazda. Teraz była moja kolej. Estera z Panem K poszła na podwórko, ja ruszyłem roztrząsać siano. Niezła zabawa. Zajęło mi to jakieś czterdzieści minut, czyli poszło szybko, tyle że jak skończyłem była już 17:30 a do 18:00 czynne przedszkole. Zsiadłem z ciągnika, zapakowałem się w samochód i pognałem do Nasielska po Dziecko Starsze. Zdążyłem przed 18:00 i ku mojemu miłemu zaskoczeniu nie byłem ostatnim rodzicem odbierającym dziecko z przedszkola. Po powrocie do domu okazało się, że zjeżdżając ciągnikiem z łąki udało mi się nawinąć ładnych kilkanaście metrów drutu od pastucha na jeden z bębnów przetrząsarki. Powycinanie i poodplątywanie tego zajęło mi dobre pół godziny. Potem jeszcze pojechałem do Państwa Ż. pomóc przebijać dziurę w fundamencie. Wróciłem dobrze po zmierzchu. Czy nie można by robić jednej tylko rzeczy na raz? Pewnie można by, tylko to nie byłoby żadne wyzwanie. Czy nie byłoby łatwiej zająć się wszystkim po kolei, a nie jednocześnie? Pewnie by było, tylko gdzie dreszczyk emocji i adrenalina? Zawsze jest tak, że jak coś trzeba zrobić, to natychmiast trzeba też zrobić piętnaście innych rzeczy. I z żadną czekać nie można. Nie można czekać z kozą, bo cierpi. Nie można czekać z ciągnikiem, bo potrzebny natychmiast. Nie można czekać z sianem, bo zmoknie i się zmarnuje. I trzeba biegać. I zawsze w końcu się udaje, a nawet jak nie do końca się uda, to przynajmniej człowiek ma poczucie – może złudne i niesłuszne – że robił co mógł, żeby się udało, więc nie ma sobie czego wyrzucać. Tak wyglądał piątek.

W sobotę zabawa od rana. Na ciągnik i przewrócić siano u Miłej Sąsiadki, potem u nas, a następnie zaprowadzić zgrabiarkę z powrotem do Miłej Sąsiadki, bo trzeba zbierać siano (było skoszone we czwartek, dzień wcześniej od naszego). Odpiąć zgrabiarkę, na ciągnik i do Państwa K. bo trzeba prasę przyprowadzić. A potem prasowanie i zwożenie. Za ciągnik służył terenowy samochód z przerobiona laweta do ciągania łodzi. Rewelacja! Udawało się pakować po 120 kostek na jeden kurs, czyli nieźle, bo na przyczepę ciągnikową wchodzi 150 przy sprytnym układaczu. Trzy kursy i po zawodach.

zielony ciagnilk

W niedzielę znowu od rana zabawa. po szóstej rano zabrałem od Sąsiadki zgrabiarkę i pozwijałem nasze siano na wałki. Jak na pierwszy raz wyszło całkiem nieźle. Następnym razem będzie juz całkiem dobrze. Koło 10:00 pojawiła się na horyzoncie paskudna chmura i trochę zaczęliśmy się spieszyć. O 11:00 przyjechali Państwo K. i zaczęło się prasowanie i zwożenie. Znowu dość sprawnie, chociaż upał był niemiłosierny. LR zamist ciągnika. Ania osiągnęła mistrzostwo świata wyjeżdżając zapakowaną przyczepą mna drogę, co wymagało wdrapania się na wąski i stromy mostek. Nie zgubiła ani jednaj kostki. Dwa razy dokonała tego wyczynu, o czym legendę o Anni co na drogę wyjechała powtarzać będą w okolicznych wsiach przez tysiać lat.

Nasze pierwsze tegoroczne siano jest suche i ładnie zielone. Wyszło 446 kostek (ze 20 trzeba odjąć, bo zerwał sie jeden sznurek w prasie i raz prasa się zatkała, więc niektóre kostki są „policzone” dwa razy). Krótsza część strychu jest zapakowana prawie po brzegi. Została do skoszenia łąka za rowem z trawą wyższą od człowieka. W nocy przyszła burza. A potem burza w poniedziałek, wtorek, środę i czwartek.

Wczoraj też była burza. To było do przewidzenia w zasadzie od samego rana, bo nie dawało się oddychać. Najpierw pokropiło koło 15:00, a potem się zaczęło. Najpierw zniknął prąd. Zupełnie zniknął. Trochę to kłopotliwe, bo zaraz skończyła się woda i nie działał pastuch w ogrodzeniu. W drodze do przedszkola podjechałem do sąsiadów spytać, czy u nich jest prąd – nie było. Za chwile nie było też szansy wyjść z domu. To znaczy wyjść mogłem, tylko nim bym przeszedł 10 metrów do samochodu byłbym mokry tak samo, jak po nurkowaniu w wannie. Zerwał się potworny wiatr, zaczął padać grad wielkości orzechów. Patrzyliśmy z sąsiadami jak na samochodach przed domem robi się młotkowy lakier, a potem już nie patrzyliśmy, grad zamienił się w deszcz siekący poziomo, prosto w okno. Zrobiło się całkiem biało. Trwało to z pół godziny. Kiedy pod przedszkolem, koło 17:00 zapakowaliśmy się z Esme do samochodu zadzwoniła Ania, że właśnie gania konie. Burza przychyliła ogrodzenie do ziemi i konie poszły w szkodę. 10 minut później – tyle zajęła nam droga z Nasielska, na drodze ze 300 metrów od domu znaleźliśmy końskie ślady i kubełek z owsem a 50 metrów dalej samochód M. – stojący na środku drogi, z otwartymi drzwiami i kluczykami w stacyjce – znaczy się, jeszcze ganiają! Kubełek do bagażnika i jazda. Wyjeżdżając zza lasu zobaczyliśmy konie stojące w naszym owsie, wielki zielony ciągnik kolejnego sąsiada tarasujący koniom drogę, Anię i M. prowadzący konie z powrotem na pastwisko. Czyli sytuacja prawie opanowana. Prawie – jak głosiły kiedyś reklamy – robi wielką różnicę. Konie owszem, na dól przeprowadzić się udało, ale tam oczywiście sprawa sie nieco skomplikowała. Amir skręcił na pas ziemi niczyjej, między ich pastwiskiem a pastwiskiem Joya (ogiera) i znowu zaczął się dym, bo jakżeby inaczej. Amir złapawszy na zadnie nogi kłąb drutu z pastucha zaczął uciekać, Dumka się przyłączyła i pobiegli z powrotem w owies. Jasny szlag! Potem drut przejęła Dumka i dalej jazda, łamiąc kolejne kłosy. W końcu się udało. Dla dodania smaczku i podkręcenia adrenaliny cały czas wrzeszczała Esme. Wrzeszczała tak, jakby jej mina przeciwpiechotna pourywała nogi, a okazało się, że postanowiła się przestraszyć mrówek – świetnie.

Dla rozładowania emocji zadzwoniłem do pogotowia energetycznego i opierniczyłem jakąś panią, że prąd od trzech godzin nie zrobiony, a miał być najdalej za dwie godziny. Okazało się, że pani poprzednia, przyjmująca ode mnie zgłoszenie nie usłyszała że brakuje trzech faz i zanotowała, że tylko jednej nie ma. Jakby nie było jednej, nie byłoby problemu – przełączylibyśmy i po kłopocie. Nie rozumiała czemu się pieklę. Może temu, że przez brak prądu, między innymi, konie nam uciekły? Może temu, że kogoś musiałem opierniczyć? Jak kto woli.

Po dalszych oględzinach stwierdziliśmy, że wiatr obłamał czubek jednej gruszy, konar w kolejnej, wielka gałąź z jabłoni, wyrwał z korzeniami wielką akację, złamał w połowie drugą, obalił jesion. Dzisiaj stwierdziliśmy, że zerwany jest kawałek dachu nad koziarnią – zadzwoniłem do ubezpieczalni, a co. My musimy płacić, to niech i oni płacą.

We środę rozebrałem starą wędzarnie i piec chlebowy. Zniknęły w związku z tym ślady rąk które odcisnęliśmy z Esme dwa lata temu wędzarnię łatając. Trudno – straty muszą być. Zostały zdjęcia.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, konie, kozy i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s