jest czas siewu i zbierania

teraz jest właśnie ten drugi, więc wszyscy maja ręce pełne roboty. Większość zboża z pól ścięta, ziarno w stodołach, ludzie wożą słomę. Niektórzy tną drugi pokos traw. Żniwa u Państwa K. trwają od tygodnia (dzisiaj jest czwartek). Byli tak mili, że poczekali, aż zbierzemy siano. Czekali ze zbożem, żeby u nas zebrać siano, bo przecież swoich maszyn nie mamy. Teraz my pomagamy u Państwa K. przy żniwach – mamy nogi do chodzenia po polu i ręce do wideł.

Czwartek zaczął się mało fortunnie – od deszczu. Humory trochę wszystkim siadły, nas zaczęło dręczyć sumienie, że to przez nasze siano. Do popołudnia przeschło zboże i przyjechał wielki, żółty kombajn. Zaczęło się. Oczywiście trudności drobne też musiały być ze sprzętem – nie chciał dać się odkręcić zawór przy ciągniku, pozwalający na kiprowanie z przyczepy. Trudno – pozrzucamy szuflami. Pan K. jadąc po pierwszą przyczepę zboża był zdenerwowany i poważny bardzo. Jechał z zaciętą miną. Z ziarnem wracał wolniej, siedział swobodniej i twarz miał łagodną. Miło było patrzeć. Zrzucaliśmy ziarno chyba do 22:30. Dobrze, że było dużo ludzi – mogliśmy zmieniać się przy łopatach.

W piątek rano żniwa sklepowe – pojechaliśmy do Castoramy po zakupy do gabinetu – płyty kartonowo-gipsowe, profile do płyt, drzwi, ościeźnice. Przyczepa Taty Miłej Sąsiadki okazała sie nieoceniona – weszło wszystko. M. prowadził. Wróciliśmy do domu po 14:00 – nie pojechałem już do Pułtuska do SANEPID-u po papierki (zmogliśmy chyba wreszcie naciągaczy projektantów i niekompetentnych urzędników, nieznających przepisów!). Wszystko zostało na przyczepie, mieliśmy jechać zaraz do słomy do Państwa K., a tu zong ze Z. No nieważne. Generalnie trzeba było przyczepę jednak rozpakować i M. pojechał wozić siano u Z. a dopiero później przyjechał do Państwa K. Kiedy podjeżdżaliśmy ostatnią przyczepą pod stodołę było już w zasadzie ciemno. Decyzja – rozpakujemy rano.

W sobotę od rana znowu słoma – od 9:00. Koło południa musiałem się ewakuować – przyjechali do nas dziadkowie. Wróciliśmy po południu, akurat w momencie kiedy ostatnia kostka z ostatniej przyczepy została ułożona na stogu.

Niedziela – dzień kondycyjny. Upał nieziemski, straszna wilgoć. Pojechaliśmy na działkę do Goławic, przywieźliśmy okno do gabinetu. Mieliśmy jechać nad Wkrę popławić się z dziećmi, ale najpierw przyszła burza – krótka, acz intensywna, a potem byliśmy obżarci.
A! Jeszcze przygoda po drodze była – udało nam się wyjeździć do sucha paliwo w LR. Zadzwoniłem po M., zawiózł mnie na stację benzynową, kupiliśmy 5l ropy, dolaliśmy i pojechaliśmy dalej. To znaczy nie dalej, a z powrotem do domu, bo Anię gryzło, że zamknęła Joya w sadzie i on z całą pewnością naje się jabłek i będzie po nim. Nie najadł się, ale go Ania z sadu zabrała na czas naszej nieobecności. Do Goławic pojechała z nami Truskawka – było rewelacyjnie. Wyjęta z kojca i zapakowana w samochód, a potem z tego samochodu wypuszczona zachowywała się, jakby od urodzenia nie robiła nic innego, jak bywanie na salonach. A że trochę ze stołu usiłowała kraść? Detal. Usłyszeliśmy od mojej mamy, że Wszystkie wasze zwierzęta zawsze kradły… No ciekawe kto nauczył nasze koty kraść ze stołu? Jej kot Fefon. Nic. Tak, wszystkie nasze zwierzęta zawsze kradły!

takim zestawem miałem jeździć…

W poniedziałek – owies u Państwa K. Znowu łopatowanie z przyczep na klepisko. Mnie tym razem Pan K. wysłał ciągnikiem na Odoje, do kombajnu.
– Pojedzie pan?
– Pojadę, ale może lepiej ja pomacham łopatą, a pan pojedzie?
– NIE! Pan wie, jak ja nimi k#@&%i lubię jeździć!
Pojechałem. Kosztowało mnie to trochę stresu. Raz, że była ze mną Esme – wróciła z Dziadkami z wakacji i koniecznie chciała ze mną jechać. Bardzo proszę, myślałem, że będę machał szuflą i miał ja na oku, a tak, czy będzie miała ochotę zostać i nie będzie przeszkadzała? Dwa – mało jeździłem samochodem z przyczepą, a co dopiero ciągnikiem z przyczepą? Nic. Dało radę.

Na polu następny stres – pan G. – kolejny sąsiad, który też miał wozić miał ziarno Pana K. swoim ciągnikiem z dwiema przyczepami – wymyślił, że skoro ja mam przyczepę, a jeszcze jedna czeka na łące, to też pojadę z dwiema. No tu mi się trochę nogi ugięły.
– Duży zapas trzeba brać z takim pociągiem na zakręcie?
– Eeee, da pan z metr i będzie dobrze. Żeby tylko pana nie popchnęły trzeba uważać.
Wiśta wio, jak się śmiga ciągnikiem od małego. Problem rozwiązał się poniekąd sam – podjechałem pod kombajn, z podpiętymi dwiema przyczepami (pominę to, z jaką łatwością cofałem ciągnikiem z przyczepą, żepy podpiąć tę drugą, bo na szczęście Pan G. i jeszcze jeden sąsiad dobrze podawali mi komendy na kierownik i hamulce) KJ nasypał z kombajnu przyczepę pełną, dosypał jeszcze troche i powiedział: Jedź, a drugą pustą zostaw mi na poprzeczniaku, bo on nie zdąży wrócić tamtymi, a tak będe miał gdzie wysypać ziarno. No OK, przekonał mnie. Nie dojechałem do poprzeczniaka – ulgnąłem (zakopałem się znaczy) i ni du du dalej. Odpiąłem pusta przyczepę – nic to już nie pomogło. Przyjechał SB, wymyśliliśmy, że może odwrócić ciągnik, podpiąć z przodu i na wstecznym się uda – nie udało się. Nic to. Zaraz zjawił się sąsiad ciągnikiem z liną, przyjechał też Pan G. i po sprawie – wyjechane. Na wsi tak jest. Niby nigdy nikogo nie widać, albo wszyscy gdzieś śmigają na maszynach skupieni na swojej robocie i przed siebie zapatrzeni, a wszyscy wszystko widzą i pomogą, jak trzeba. Czasami trzeba zadzwonić – wtedy ktoś przyjedzie. To działa nie tylko przy pracy w polu. To działa przy samochodach spadających do zasypanego śniegiem rowu – jak ktoś zobaczy z podwórka, a ma ciągnik, to przyjedzie i pomoże. Sam, nie proszony, bo widział. A jak nie widział, to zwykle wystarczy zastukać do domu w pierwszym obejściu i poprosić o pomoc. Przyjdą. W deszcz, błoto, śnieg. To banalne i oczywiste. Tak przecież chyba powinno być. A nie zawsze jest. W mieście tak nie jest, chyba że mieliśmy pecha spotykać wyłącznie mało życzliwych obcych. pamiętam na przykład taka scenę z naszej chyba ostatniej zimy w Warszawie:

Poszedłem z psem Łatą na nocny spacer – było koło pierszej. Mnóstwo śniegu i lekki mróz.  Rundka wokół przychodni i do domu. A tu niespodzianka – za przychodnią samochód który spadł z drogi na trawnik – odśnieżone było tak wąsko, że dwa samochody minąć się nie mogły. Ten chłopak chciał zjechać trochę na bok, żeby kogoś przepuścić, wpadł w śnieg i tak został. Tamten pojechał, a co. Jak podeszliśmy z Łatą, oprócz kierowcy próbowało samochód wypchnąć jeszcze ze dwóch innych kolesi. Nie szło im to za dobrze. Jakie było ich zdziwienie, kiedy powiedziałem, że odprowadzę psa i za pięć minut podjadę LR i samochód wyciągnę… Odprowadziłem psa, podjechałem, sam się zakopałem. Nic to, po coś się wozi łopatę w bagażniku, prawda? Samochód wyjęty, po problemie. Banał. Nie ma co się nad tym rozwodzić. A kierowca tamtego samochodu nie mógł się nadziękować. Bo już myślał, że będzie musiał samochód zostawić tak, jak utknął i wracać po niego rano, z drugiego końca miasta. Bzdura, prawda? Pewnie tylko mieliśmy pecha spotykać mało zainteresowanych innymi ludzi i podać można kolekcję całą kontr przykładów.

Tutaj, na wsi, nie widziałem sytuacji, żeby ktoś gdzieś utknął a inny się nie zatrzymał pomóc. Wyciągaliśmy ludziom samochody ze śniegu, mnie wyciągali z błotnistego rowu. Zatrzymywali się obcy ludzie, żeby pomóc obcym, czasem obcym na warszawskich numerach (a nikt na prowincji przecież nie lubi Warszawiaków, prawda?). Tak, wiem, banały. To oczywiste, że się pomaga. Tak. Tak powinno być. To jest normalne. Tutaj się słyszy – i widzi – jak gospodarze trzymają u siebie różnych pijaczków drobnych, albo i mniej drobnych. Trzymają ich, dają pracę, płacą za nią. Nakarmią, ubiorą, zawiozą do lekarza i pomoga dokumenty pozałatwiać Przecież nie pozwolę człowiekowi umrzeć?! Nie, pieniędzy mu nie daję. On za głupi jest, żeby pieniądze wziąć. Pójdzie i przepije. Jedzenie dostaje, ubrania dostaje, papierosy ma. On się nie nadaje, żeby wziąć pieniądze! Jak mu zapłaciłem, to na dwa tygodnie zniknął i poszedł pić. Tak, to nie robota! Wykończy się chłop i tyle będzie. A tak, jak przychodzi, niech przychodzi. Robota zawsze się znajdzie jakaś, głodny nie będzie i nie zmarznie. W co drugim gospodarstwie prawie znajdą się tacy pomocnicy. Też banał, prawda? Pewnie w mieście, w tej masie ludzi, takich historii się nie widzi. Pewnie znowu można milion ich podać z miast wszelakich. My to widzimy dopiero tutaj. W mieście nie widzieliśmy. A ciekawe towarzystwo mieszkało koło nas, oj ciekawe, że sąsiada bez nogi tylko wspomnę.

Ad rem. O wożeniu ziarna rzecz była. Sąsiady ciągnik mi wyjęli z błota, jeździłem z jedną przyczepą. Trochę mniej stresu. ESME!!!!! Esme był cudowna – pomagała przesypywać zboże, pomogła nakarmić krowy. Kiedy rozładowaliśmy pierwszą przyczepę którą przywiozłem poprosiła tylko: Tatusiu, teraz wróć trochę szybciej, dobrze? Wróciłem szybciej. Esme w świetnym humorze, za chwilę przyjechały Ania z Esterką po Esme. Tatusiu, Mamusia przyjechała, bo już chciałam jechać do domu… Cudowne dziecko!

W wtorek od rana woziliśmy samochodem i przyczepą Taty Miłej Sąsiadki zeszłoroczną słomę od IAiSB ze stodoły, żeby zrobić miejsce na słomę tegoroczną. Od południa – słoma owsiana na stóg do Państwa K. Po południu pojechaliśmy po słomę – też owsianą – na Odoje. 6ha do zebrania – w zeszłym roku daliśmy radę na raz… Tyle, że mieliśmy dwa ciągniki, dwie przyczepy i osobne ekipy do pakowania na przyczepę i rozładowywania w stodole. W tym roku było nas trochę mniej – nic to. Szło nieźle, tyle że w momencie kiedy zapakowaliśmy drugą przyczepę puścił się deszcz. Duży deszcz, krótkotrwały, acz obfity. Dalej prasować nie było sensu. Na polu zmokło kilka kostek. Trudno.

ja wlokę cień, cień wlecze mnie…

Wczoraj wystartowaliśmy na Odoje koło 14:00. Ciepło było, nawet bardzo. Do stodoły weszły jeszcze dwie przyczepy, reszta miała jechać do nas. I pojechała! Pan K. z B. ułożyli kostki na przyczepie w sposób mistrzowski, zebraliśmy prawie wszystko – może trochę ponad setka została na polu. Plan A był taki, że jeszcze po nie wrócimy. W trakcie rozpakowywania słomy u nas do stajni, do boksów aktualnie nie zajmowanych przez Amira, Intendenta i Dumkę, wprowadziliśmy plan B – dosyć! Nigdzie nikt już nie jedzie. Wszyscy padają z nóg, robi się ciemno, nie ma sensu. Pojedziemy rano, samochodem z przyczepą – tak będzie sprytniej. Padać nie będzie, nic się kostkom na polu nie stanie.

Tak, Pan K. dał nam owsianą słomę z 6 ha pola! Starczy tego na rok. Są dobrzy ludzie na świecie. Teraz to już nawet dwóch żyć nam nie starczy, żeby to wszystko odpracować. Pan K. oczywiście mówi, że nic nie musimy odpracowywać. Ale to nie tak. Może nie musimy, ale chcemy. Tak trzeba. Tak należy. Tak być powinno.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s