leniwa sobota i kawałek niedzieli

jak na razie leniwa. Potem bierzemy się za robotę – trzeba zamurować okienka do piwnicy i przełożyć słomę. Zrobiło się chłodno i jesiennie, konie nasze zaczną wracać na noc do stajni, więc musimy zwolnić ich boksy. A okienka trzeba zamurować, żeby ziemniaki nie zmarzły, nie zamarzły rury z wodą i żeby nie ciągnęło chłodem do gabinetu.

Tak, mamy gabinet. Dziewczyny mają. Zajęło nam to cały sierpień i kawałek września. Lipcowych wypraw do Pułtuska do Domu Który Czyni Szalonym już nawet nie wspomnę. Dość na tym, że udało się zmusić urzędników do przestrzegania prawa i działania według prawa i zapisów w ustawie a nie według tego, co im się wydaje i co mają nabite do głowy.

W sierpniu działaliśmy budując ściany z gipsokartonu – ani M. ani ja nigdy tego wcześniej nie robiliśmy. AB nam pokazał jak to ma działać i działaliśmy. Trwało, ale się udało. Pomieszczenia zmniejszyły się o dobre dwa metry kwadratowe, ale inaczej nie dałoby rady wyrównać ścian. Wyrównane. Z wędzarni powstała poczekalnia i łazienka, oraz cywilizowane wejście do piwnicy. Udało się, mimo mojej niewiary w gipsokarton. Ściany stoją, kafle nie odpadają, można się oprzeć, trzaśnięcie drzwiami nie składa całej konstrukcji w charakterze domku z kart. Jest dobrze. Szafki wiszą na ścianie w pokoju przyjęć i nie odpadają. Woda wpływa którędy powinna i odpływa, jak planowaliśmy. Udało się nawet bezboleśnie i niemalże bezwysiłkowo wpiąć do oczyszczalni. I wszystko działa. Prąd też działa – z małą skuchą, bo coś na odwrót podłączyłem przełącznik światła w poczekalni. Nic, poprawię w wolnej chwili. Działają panele grzewcze powieszone na suficie – emitują miłe ciepło, zżerając radośnie prąd. Coś za coś. Odpada kwestia palenia w jeszcze jednym pomieszczeniu – termostat ustawić i zapomnieć! Plug and play.

Powiesiliśmy – wczoraj – szyldy koło drzwi gabinetu i przy drodze. Jest fajnie. Czekamy na naklejki na samochody. Z prac wykończeniowych zostały do przykręcenia dwie listwy przy blatach, wywiercenie dwóch otworów na kable (też w blatach) i założenie listew przypodłogowych na antresoli  łazience. Jak to zrobimy, będzie całkiem zupełnie skończony gabinet.

Sierpniowe prace przy gabinecie były przerywane końcówką żniw – zebraliśmy nasz owies, więc mamy ziarno i słomę. Ziarna ze 4 – 5 t, słomy 10 dużych bel. Na chwilę wystarczy.  Kolejna przerwa – siano u Państwa K. Zwiezione do stodoły do B. – pan K. dał nam to do podziału.

Na początku września – wykopki u Jż a dwa tygodnie później u Państwa K. Znowu na nas czekali – skosiliśmy łąki u nas i Miła Sąsiadka skosiła swoje. Zrobiło się ponad 6ha ściętych łąk i kiepska pogoda. Nie pojechałem do szkoły i spędziłem tydzień na ciągniku, podrózując z pędkością 5 km/h. Któregoś dnia przewracałem siano samochodem – przejechałem po łąkach 40km. Nieźle! Zrobiło to na mnie wrażenie. Nie spodziewałbym się. Znieraliśmy siano w dwóch odsłonach – trochę u nas lekko wilgotnego – nic mu się nie stało. Potem na raz u Miłej Sąsiadki i u nas. To była jazda! Pogoda byle jaka, ze wskazaniem na do bani, trawa nie do końca sucha, prognozy pogody złe. Miła Sąsiadka sprowadziła znajomego Górala, a on z kolei zarządził, że zbieramy luzem. Znowu miałem 8 lat – siano luzem ręcznie zbierane i góralska mowa. Piękne! Wakacje w Rokicinach Podhalańskich. Zebraliśmy kawałek, zrzuciliśmy do stodoły. Przyjechali Państwo K. z maszynami – reszta poszła w kostki. Nie cała reszta, bo Miła Sąsiadka zdecydowała, że małe łąki zostawiamy i jedziemy do nas. W międzyczasie Ania zadzwoniła do JŻ, czy mógłby przyjechać z belarką. Mógł. Efekt był taki, że już po zmroku – to nie czerwiec, kiedy jasno jest do 23:00 – na naszej łące za rowem śmigały trzy ciągniki – Pan K. i MŻ zwijali na wałki, a JŻ śmiagał za nimi z belarką. Potem rozległ się grzmot, błysnęło i lunął lodowaty deszcz. W deszczu MŻ wkładała turem bele na przyczepę i w deszczu zrzucaliśmy siano do garażu u nas na podwórku – to było jedyne suche i szybko dostępne miejsce. Potem siedzieliśmy do późna przy stole jedząc i gadając – jak to zwykle bywa. No gadał głównie Góral, prawdę powiedziawszy, a reszta słuchała. Jak to jest, że Górali tak dobrze się słucha? Nawet o rzeczach prostych i codziennych potrafią mówić w taki sposób, że człowiek nie może nie słuchać.  Ania pojechała na imprezę dożynkową u Sz. – kiedyś podobno „na Gołębiach” bywały takie imprezy i sąsiadki postanowiły tradycję wskrzesić. Następna zabawa na Sylwestra, u Ż. Tym razem i ja pójdę, bo na dożynkach – wedle słów Ani i Ż. było rewelacyjnie.

Następnego dnia Ania i Państwo Ż. wywieźli część bel na łąkę za ogrodem, rozwinęli i dosuszali. Pan K. przewracał siano Miłej Sąsiadki i nasze. Ja byłem w szkole. Pozbieraliśmy wszystko do końca jakoś koło środy chyba. Tak to jesienne sianokosy trwały prawie dwa tygodnie. Ale się udało. Siano jest.

Potem wzięliśmy się za budowę u Miłej Sąsiadki. Mogę o tym pisać? Chyba mogę. Jak Sąsiadka zaprotestuje, to wywalę kawałek wpisu, ot co. Wiata prawie stoi – brakuje ścian z desek, te za to udało nam się wczoraj okorować. Potworna, zła i głupia, głupia i niedobra, nudna oraz robota. Ale skończona – najważniejsze. Teraz przyłomotać dechy do słupów i będzie finito.

Generalnie wszystko zgodnie z planem – gabinet do września, potem wiata.

W sobotę z zajęć konstruktywnych zamurowaliśmy okienka do piwnicy – dwa z czterech, bo się zaprawa skończyła i nie było chęci jechać do sklepu po nową. pojechaliśmy też na pchli targ w Prusinowicach – łupy: miska porcelanowa w kwiaty, ramka duża i stara, na zdjęcie, ramka mała, srebrna (z koloru) na zdjęcie, miseczka na sól, świecznik i strzykawka cukiernicza. Dzisiaj – w niedzielę – posadziliśmy z Dziewczynkami mnóstwo tulipanów przeróżnych – od małych i krzaczastych, dziewczynkowo różowych, po wysokie, pojedyncze i czarne. Ciekawe, czy zechcą wzejść na wiosnę? Się zobaczy. I pozbieraliśmy orzechów część – są ich nieprzebrane ilości.

Znowu mamy siedem psów – rodzice Ani, w zeszłą sobotę znaleźli na stacji benzynowej w Nasielsku trzymiesięczną, płową suczkę. No to u nas mieszka.

Uff. Zaległości w pisaniu trochę nadgonione. Teraz może łatwiej będzie się zebrać i pisać na bieżąco. Pewnie tak, bo zaraz zima i w ogóle dużo czasu na nic nie robienie i odpoczywanie.

P.S.
Dwa tygodnie temu podłączyliśmy się do wodociągu gminnego. Poszło w zasadzie sprawnie. Oczywiście działo się znowu wszystko na raz. O 7 rano wsiadłem na ciągnik i odprowadziłem go do Państwa K. – miały być wykopki. Tuż przed 8:00 Pani K. odwiozła mnie do domu, choć miałem plan wracać piechotą przez miedze. O 8:00 przyjechała koparka i zaczęła działać. Po jakimś kwadransie pękł jej przewód i zaczął tryskać po ogrodzie olej hydrauliczny. Pan koparkowy wyłączył silnik, wysiadł, zaklął, wziął zapasowy przewód i zaczął go zakładać. Przyjechał M. Dłuższą chwilę szukaliśmy szpadlami gdzie właściwie przebiega wodociąg, żeby koparka go nie przerwała. Panowie z wodociągów mieli być o 10:30, przyjechali po 11:00. W międzyczasie przekopaliśmy się pod fundamentem. Panowie przyjechali i zaczęli działać. W zasadzie poszło im sprawnie – trzy godziny i po krzyku. Koło południa kurier przywiózł infrapanele do gabinetu a o 14:00 do Ani przyjechał przedstawiciel z hurtowni weterynaryjnej. Wszystko na raz. Jeszcze przywieźliśmy rury do drenażu, żeby oddać Tacie Miłej Sąsiadki przyczepę, przyczepęśmy oddali i pomogli rozmontować, pojechaliśmy do Z. po papierowe tuby do wylewania stóp pod wiatę. Zaczynało się robić ciemno, więc akurat były warunki do zaznaczenia na tubach poziomu – w dzień kiepsko widać światło lasera poziomicy. Dzień jak co dzień, w zasadzie.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s