późna jesień

w sobotę spadł śnieg. Żadna w zasadzie rewelacja, w całej chyba Polsce padał. W zasadzie lubię zimę, ale TEN śnieg jakoś nam nie pasował. Nie pasował też zwierzynie – gęsi się derły, konie niezbyt nachalnie chciały spacerować i w efekcie wcześniej wróciły do stajni. Niby zima za pasem, więc śnieg nie powinien dziwić i zniesmaczać, ale jednak koniec października, to trochę wcześnie.

W zasadzie to sami się o taką pogodę prosiliśmy: w piątek było słonecznie, choć wietrznie, dziewczynki w przedszkolu i coś nas naszło, na prace porządkowe. Ania postanowiła, że konie trzeba już na zimowe padoki przestawić, a na kawałku pastucha zalegała powalona częściowo akacja – trzeba ją pociąć i pastucha poprawić. Pocięliśmy, został kawałek pnia, wysokości człowieka – zobaczymy, czy będzie miał ochotę puścić pędy na wiosnę. Płynąc na fali sukcesu pocięliśmy drzewa powalone w lipcu przez wichurę, porąbaliśmy i wnieśliśmy drewno do domu. Istniało podejrzenie, że niedługo może zacząć powoli robić się chłodno i trzeba będzie palić w piecach intensywnie… Założyłem nad wejściem do stajni halogen świecący na podwórko – pojęcie nadmiaru światła na podwórku chyba nie istnieje. Znalazłem w sklepie włączniki sterowane radiem, więc można go włączyć z domu, bez konieczności przeciągania kilometrów kabli przez podwórze, co wiązałoby się z:
a) kopaniem
b) wydatkami niemałymi na kable do układania pod ziemią

Po takich przedzimowych porządkach w zasadzie trudno się dziwić, że zima nagle zaatakowała. Sami się o to prosiliśmy, w zasadzie.

Niedziela – zupełnie marcowo. Słońce i płynące strumyki wody z topniejącego śniegu, woda kapiąca z dachów. Z M. zakładaliśmy halogen i kamerę u Miłej Sąsiadki. śliczna, nowa, bezprzewodowa kamera na starej, drewnianej stodole – super! A najważniejsze, że zadziałało!

W poniedziałek od rana mgła. Jadąc o świcie samochodem na stację kolejową, musiałem otworzyć szybę i łeb wystawić za okno, bo mgła zamarzała na szybie przedniej i nic nie było widać. Udało się dojechać na czas, na nic po drodze nie wpadając, choć łatwo nie było. Prędkość podróżna – 20 km/h.

W domu sceny jesienne z udziałem myszy. Generalnie szaleją, jak to w domu na wsi, po żniwach. Któregoś wieczoru, stojąc między stołem a kredensem zobaczyłem dwie myszy bijące się na podłodze. Zawołałem Anię. Myszy tłukąc się przewędrowały dobry metr w kierunku mojej stopy, wpadły na stopę bijąc się nadal, odbiły się od mojej kostki, poturlały się – nadal się tłukąc – w stronę kredensu, odbiły od kredensu i ciągle walcząc, potoczyły się w stronę szpary między ścianą a podłogą, w której to szparze zniknęły… Zarządziłem: „Dawać mnie tu koty na izbę!” Wpuściliśmy koty, zapraszać ich dwa razy nie trzeba było. Całą noc spadały różne przedmioty na podłogę – polują, pomyślałem. Rano efekt był taki, że przedmioty – na przykład deska do krojenia i garnek – leżały na podłodze, a koty napaskudziły gdzie się dało, ze szczególnym uwzględnieniem podłogi pod naszym łóżkiem, starannie za to omijając kuwetę w łazience. Na izbie został Bąbel, Glenda i Sigma wyleciały z domu, jako główni paskudzący i dewastujący, za to ostatni zainteresowani myszami. Bąbel wprowadził się na lodówkę – tam myszy miały taras widokowy. Myszy trochę, się uspokoiły. Ot, uroki wiejskiej jesieni.

Wiata u Miłej Sąsiadki stoi skończona, konie się wprowadziły. Gabinet działa. LR został oklejony naklejkami z logo gabinetu, adresem i telefonami (już zadziałało!).

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, konie, koty i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s