bitwa pod Kurskiem

ziemia przy wyjściu na łąki, zryta kompletnie kołami dwóch ciągników, wygląda jak po tej właśnie bitwie. A wszystko z powodu wywożenia nawozu na łąkę. Przez rok trochę się tego towaru nazbierało – dobrze nawet, wróci do ziemi. Trawa wyższa urośnie. Łąka za rowem prosiła się już o nawóz przynajmniej, jeśli nie o dosiewanie. Nawóz więc teraz, dosiewanie może wiosną. Się zobaczy. Właśnie sprawdziłem – w zeszłym roku zagównialimłąki o całe dziesięć dni później. Tak, poczyniliśmy pewne postępy – życie. Tym razem skoro świt o 11:00 pojechałem do JŻ przyprowadzić ciągnik – wszak potrzebne były dwa. Mądrzejszy o rok doświadczeń wiedziałem, jak tym pojechać do domu. Potem po przesiadce na „sześćdziesiątkę” potrzebowałem tylko krótkiego potwierdzenia moich podejrzeń, co która dźwignia robi i jak tam biegi się włącza (wajha jest przy kierownicy, jak w Trabancie czy innym Wartburgu). No i jazda. Kilka rozrzutników do chwilę-po-południu, potem przerwa. JŻ do domu na południowy obrządek, potem po syna i dzieci sąsiedzkie do szkoły, ja bawić się elektryką okołogabinetową. Wczoraj, po wizycie w wielkim mieście i jego sklepach,

blada poświata nad szyldami

założyliśmy reflektorek świecący na szyldy przy gabinecie. Kupiliśmy też kolejne radiem sterowane zabawki do światła, tak więc dziś wypadało je pozakładać. Zanim J. wrócił, w zasadzie podłączyłem halogen nad drzwiami do gabinetu, żeby nie trzeba było po omacku szukać dziurki od klucza. W zasadzie podłączyłem to znaczy, że lampa zawisła, kable pociągnięte od puszki, przygotowany kabel do podłączenia gniazda w warsztacie. Musiało poczekać.

Kolejnych kilka rozrzutników, zanim zrobiło się za ciemno, żeby widzieć gdzie już nawóz jest rozrzucony, a gdzie jeszcze trzeba przejechać z towarem. Przerwaliśmy do jutra. Łąka z zielonej zmieniła się w żółto brunatną. Pojechałem po Esme do przedszkola – Ester ma zapalenie oskrzeli i siedzi w domu…

Obiad, a potem podłączanie instalacji. Raczej krótko i prosto – kabel do gniazdka przy stole w warsztacie, całość no sieci. I działa. Zaprogramować piloty i po robocie. Można się bawić włączając i wyłączają kolejne światła na podwórku. Jedyna skucha jest taka, że puszka sterująca halogenem nad drzwiami do gabinetu jest schowana za grubym murem, więc z domu nie za każdym razem udaje się światłą włączyć czy wyłączyć. Może trzeba ją będzie przenieść na zewnątrz budynku i schować chytrze przed deszczem? Się pomyśli.

Jutro od rana znowu wygnajanie, potem wyprawa w celach towarzyskich. No chyba, że plany się zmienią, jak to często ostatnimi czasy.

Jeszcze jedna sprawa, smutna raczej. Radykalnie zmniejszyło nam się pogłowie kotów. Wczoraj Sigmę zabił samochód. Komu tak się spieszyło na polnej drodze, żeby przed kotem nie wyhamować? Chryja nie pokazała się od chyba już czterech tygodni – wsiadła komuś do samochodu, zaparkowanego przed gabinetem? Upolowało ją coś? Znalazła inny dom? Kto ją wie… Bąbel nie pokazał się ze dwa dni. Już znikał na dwa tygodnie albo i dłużej, ale jakoś teraz akurat trochę nas jego nieobecność martwi. Kicia została wpuszczona na izby i na izbach zamknnięta. Po raz pierwszy od roku chyba kupowałem dzisiaj koci żwirek, żeby sikane po kątach nie było. Glenda pokazuje się codziennie, poluje w stajni i stodole. Strasznym jest złodziejaszkiem i nie uznaje kuwety, więc nie bardzo nadaje się do trzymania w domu. Tyle było kotów, zostały dwa. Dziwnie jakoś. Smutno?

Ester aktualnie dzwoni do Mikołaja…

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, koty i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s