na początku miało być inaczej

więc oczywiście wszystkie plany się pozmieniały. Mieliśmy z Dziewczynkami pojechać dzisiaj na aukcję ogierów, więc wczoraj wieczorem, jak właśnie sprowadzałem konie do stajni zadzwonił sąsiad, czy mogę pomóc mu zwozić drzewo z lasu. No oczywiście, że mogę.
– A o której chcesz jechać?
– O siódmej.
– Nie ma sprawy.

Wstałem rano, porozsypywałem siano na padoku i wypuściłem konie. Przyjechali 7:15. Podróż jak salonką – na przyczepie stała wersalka. Nie przewidziałem tylko, upajając się poranną ciszą i brakiem wiatru oraz temperaturą chyba w zasadzie dodatnią, że pęd powietrza wystąpi i mogą mi uszy odpaść, zanim dojedziemy na miejsce, więc na wszelki wypadek nie wziąłem czapki. Dawno nie byłem w lesie o 7:30 rano. Z siekierą. W zasadzie nigdy jeszcze nie byłem – na co zwróciła mi uprzejmie uwagę Miła Sąsiadka – ale przecież na jedno wychodzi. Było pięknie – tropy łosi w śniegu, sarnie bobki, ziemia “popyskana” przez dziki – przyroda w całej okazałości! W przecinaniu lasu szybko idzie ścinanie drzew, a znacznie, ale to znacznie wolniej odcinanie gałęzi, cięcie pni na krótsze kawałki, ładowanie na przyczepę a potem z przyczepy rozładowywanie. Do obiadu było w zasadzie po zawodach, włącznie z usuwaniem drobnej awarii ciągnika – krzak jakiś złośliwy przesunął prowadnicę od cięgła gazu oraz przewód paliwa odczepił. Parę zwyczajowych kurew, cios kluczem i naprawione – można jechać. Się dało zepsuć to i naprawić się uda. We czterech można podbić świat, zwłaszcza, jak ma się ciągnik z przyczepą, łańcuchową piłę i siekiery!

Dziewczynki w domu – stęsknione, więc szalały. Esme postradała prawą, dolną jedynkę – lewa rośnie już stała. Zjedliśmy zupę – nie wszyscy, bo Esme szczawiowa zupa nie smakowała – zapakowaliśmy się w samochód i pojechaliśmy na krótką wyprawę do sklepu. Chytry plan: Dziewczynki pobierają po piątaku ze skarbonek i same sobie kupują co tam im się strasznie wyda potrzebnym. Prawię się udało – Estera zgubiła piątkę w sklepie, Esme włączył się wstydziuch przy podchodzeniu do kasy. Daliśmy radę – matka poratowała kasą, a ojciec dał wsparcie liczebne przy kasie.

W domu planów chytrych ciąg dalszy – obcinamy kurom lotki, żeby można je było wypuścić z kurnika bez zbytniej obawy, że spylą i albo pies nasz, albo lis jakiś bądź jastrząb je zdybie (kury Z się skończyły, teraz polowane jest na nasze). Znowu – prawie się udało. Weszliśmy do kurnika i Estera postanowiła włączyć panię. Kury się derły, Estera siedział mi na głowie, pochlipując i twierdząc, że boi sie kur (novum jakieś!), Esme zachwycona zbierała piórka, Ania metodycznie wyłapywała kury, obcinała im lotki i wywalała na okólnik. Gęsi zapewniały nieustający jazgot w tle. Ogólnie – nerwowo. Naliczyliśmy 21 kur i 3 koguty. Jedna kura nas przechytrzyła. Spyliła z kojca dla kur do części koziej chliwa i czekała. Się obetnie reszcie piórka, złapiemy ją i już. Bo gdzie ma spylać niby? Naiwni my. Wskoczyła – jak tylko Ania się do niej zbliżyła – w wentylacyjną dziurę w ścianie. Dziura jest wąska i wysoko dosyć, żeby nie było to tamto.W sam raz dla jskółek, ale nie dla kur!  Posiedziała tam, dając Ani złudną nadzieję, że może jednak się uda… Udało się. Dotknąć jej ogona. A potem poleciała jak jaskółka jaka, wysoko, lekko, za kurnik i za ogrodzenie kurzego wybiegu. Hmmm… No trudno, nie będziemy płakać. Wróci – dobrze, nie wróci – po niej. Życie i przyroda.

Kolejna akcja, element planu – lampa bezcieniowa w gabinecie. Sie zaczęło czas temu jakiś. Lampa podczas operacji – bo niby w jakim innym czasie ktoś miałby ją włączać? – postanowiła wywalac bezpiecznik różnicowoprądowy w domu. bywa. Najpierw robiła tak przy wyciąganiu wtyczki z gniazdka. Potem – w losowo wybranym momencie operacji. lampa na szczęście ma opcję M*A*S*H – podłączamy do akumulatora i jazda. AB przywiózł akumulator od furgona, podpięliśmy lampę – próba naprawy, czy choćby zbadania transformatora – zaowocowała NATYCHMIASTOWYM wyłączeniem bezpieczników po wetknięci wtyczki do gniazdka. Na akumulatorze i prostowniku operowane jeszcze było ze dwa razy. Wreszcie wczoraj założyłem nowy transformator który chwile już czekał (tydzień? dwa?). Zajęło to oczywiście 5 minut, ale musiało swoje odleżeć, a co. Po włączeniu – wszystko działało. Prawie. Jedna z czterech żarówek nie działała, stuknąłem – pomogło jej. Sukces. Dzisiaj Panie zeznały, że jednak nie – M*A*S*H na całego -świeci – nie świeci -świeci – nie świeci. Hmm… Poszedłam, włączyłem – działa 3/4 żarówek. Zapasowa żarówka – pomogło (żarówka niedziałająca była w dwóch częściach – osobno metal, osobno szkło; też bym nie świecił, na jej miejscu). Świeciło jak się należy. Nawet wychodziłem na próbę – zaistniało podejrzenie, że może jak mnie nie ma, to nie świeci. Świeciło. Wreszcie Miłej Sąsiadce udało się jakoś tak zaczarować, że przestało. Bez wyraźnej przyczyny. Potem – również bez wyraźnej przyczyny – zaczęło świecić po moich czarach. I na tem jak na razie pozostało.

A później to już tylko przygotować drugą część obiadu, nie oszaleć, przetrwać popołudnie z Dziewczynkami, nie oszaleć, położyć je spać i… po zdrowych zmysłach.

Donbranoc

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s