schabowy

IMG_2088dzień zapowiadał się niewinnie. Na rano – tak chwilę po ósmej – umówiłem się z Sąsiadem, że pojedziemy po siano do IAiSB. Pojedziemy, w sensie Sąsiad swoim ciągnikiem z wielką lawetą i ja z nim oraz widły moje. Pojechalim. Załadowalim, A i S pomogli, wszak ich stodoła. A zapraszał na kawę, Sąsiad chciał wracać, bo robota czeka. S zaoferował się, że może pojechać pomóc rozładować, jak ktoś go odwiezie – no z przyjemnością. Stanęło na tym, że jedziemy do nas rozładować, potem się zapakujemy w samochód, S zostanie odwieziony i okazja do wypicia kawy będzie. Postanowione, wykonane. Siedzieliśmy pijąc kawę i rozmawiając o drzewach. Że wiosna, przyciąć można. A może tak się weźmiemy i potniemy sad i u was i u nas? I o żerdziach brzozowych mówiliście… No, można by. To co? Teraz? Teraz. To akcja. Zaczynamy od naszego sadu.

Bańki w samochód, jadę po paliwo. IAiSB przyjadą za chwilę, jeszcze tylko sekatory znajdą i takie tam. Jadę. Żadna rewelacja. Trochę słońca, przydałyby sie okulary – nie mam, ostatnie Deser mi opędzlował w czerwcu. Jadę, patrzę na wiosenny krajobraz. Pies jakiś się sposobi, żeby mi wybiec pod koła – zwolniłem. Pies przebiega, przechodzi raczej z lewej na prawą stronę drogi. Dziwnie jakoś idzie, za wolno. Nie, to nie jest pies. Cholera – prosiak. Wielkości jamnika, ale prosiak. Knurek. Hy…

W zasadzie wypadałoby go złapać i odstawić skąd zwiał. Tylką gdzie jest to “skąd zwiał”? Jakoś nic w najbliższem otoczeniu nie rzucało się w oczy. Zatrzymałem samochód na poboczu i nawet nie miałem specjalnych kłopotów, żeby prosiaka złapać – wlazł do przydrożnego rowu i trudność miał pewną w przedzieraniu się przez zeschłe pokrzywy i takie tam inne, zwyczajowo po rowach rosnące ziółka. Pomny opowieści o łapaniu świniaków do szczepienia czy inszych zabiegów weterynaryjnych zastanawiałem się, czy może jednak nie należałoby wyłączyć silnika, ale uznałem, że jednak nie, bez przesady. Jak będzie stawiał opór, albo okaże się zbyt zwinny – zwyczajnie odjadę, udając że nic sie nie stało. No nie ma przecież obowiązku skutecznego łapania nieswoich świniaków w przydrożnym rowie, prawda? Przed nikim raczej się nie wygłupię… Dla porządku, nie gasząc silnika, zatrzasnąłem drzwi od strony kierowcy, żeby nie tarasować połowy drogi. Złapałem świniaka, zapakowałem pod nogi pasażera z przodu i pojechałem na stację.  Nazwanie go SCHABOWYM było dość oczywiste (wszak są odniesienia literackie!). Na stacji, jak tylko wysiadłem, Schabowy zasiadł za kierownik – miałem nadzieję, że nikt nie zajrzy do samochodu, bo byłbym – prawdopodobnie – spalony. Nie zajrzał. Wrócilim do domu.

W sadzie przycięliśmy pięć drzew – zostało jeszcze sześć. Było miło. Ania i S zmajstrowali dla Schabowego skrzynkę z kuchennej szafki i poliwęglanu, żeby biedactwo nie marzło. Dziewczynki są zachwycone. Ja już nie mogę się doczekać widoku Schabowego, który razem z psami goni rowerzystów. Będzie pięknie.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „schabowy

  1. Ania L pisze:

    Schabowy jest debeściarski. Moja suka go pokochała 🙂 widok sępiącej o gruszki świni – niezapomniany. Baj de łej przeglądałam sobie zdjęcia i wasza czarna suczka ( to chyba była Cytra? ) mega podobna do mojej Jamajki 🙂 A zarówno ja jak i Jamajeczka nie możemy się już doczekać kolejnej wizyty u was i zabawy w „dziewczynkę z zakrytymi oczami” 🙂 Pozdrawiam Ania L

  2. rf pisze:

    zapraszamy serdecznie – zawsze!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s