trzy lata później

tak chyba nazywa się jedna z piosenek Anity Lipnickiej, prawda? Tak mi się przypomniała, jak zobaczyłem datę ostatniego wpisu – dwa miesiące temu. Zdaje się, że to tak jest z tym pisaniem – albo nic się nie dzieje i nie ma co pisać, albo dzieje się wszystko na raz i nie ma kiedy pisać. Tem razem..? Sam nie wiem. Niby nic się nie działo, ale działo się wszystko.

Uporządkowaliśmy obydwa sady – IAiSB oraz nasz. Spaliliśmy gałęzie – u IAiSB od razu, pogryzając pizzę przy ognisku, u nas w odcinkach, ale dało radę. Nasze drzewa niektóre zakwitły, przycinanie przeżyły wszystkie, co bardzo mnie cieszy. Wygląda na to, że będzie sporo gruszek w tym roku.

Udało się wreszcie zrobić warzywnik ze skrzyniami i ogrodzeniem. Skrzynie planowaliśmy od dawna – łatwiej zdaje się w porządku to utrzymać, zielicho na grządki tak nie włazi i w ogóle. W zeszłym roku w skrzyniach posiane cukinie i patison szalały. W tym roku, mamy nadzieję, oszaleją wszystkie warzywa. Ogrodzenie do warzywnika wymusił Schabowy – dwa dni temu nakryłem go na przeorywaniu wszystkich prawie obsianych grządek. Musiał przeorganizować wszystko po swojemu. Reszty zniszczenia dokonały kury ze schabowego orszaku. Ogrodzenie stoi – jak na razie. Może nie będzie potrzeby włamywania się do środka, skoro wystarczy ominąć? Życie pokaże. Dziewczynki mają zadanie zasiać ogórki – rośnie zawsze wyłącznie to, co sieją Dziewczynki. Wszystko jedno w czym, jak i w którym momencie sieją, ale rośnie. Nasze siewy – z różnem powodzeniem. Przy okazji stawiania ogrodzenia, w klasyczny sposób wlazłem stopą na gwóźdź sterczący z leżącej deski. Strasznie to irytujące, jak ma się jedną nogę mniej sprawną i jednoczesną potrzebę łażenia.

Trawa w ogrodzie urosła prawie do pasa. Wystarczyło na tydzień spuścić ją z oka! Jak wyjeżdżaliśmy z Esme na tydzień, dwa tygodnie temu, trawa była infinityzymalna. Teraz – nie wiadomo jak się za nią zabrać. To co w zeszłym tygodniu przyciąłem kosą spalinową już w zasadzie odrosło. To czego nie ruszyłem – sięga do pasa. I jak to ugryźć? No nie wiem. Damy radę, jak zwykle. Nawet bez nogi.

Równie wściekle rośnie trawa na łąkach – to akurat cieszy bardzo, bo będzie SIANO. Koniczyna zaczyna kwitnąć, niedługo trzeba będzie ciąć.

Coś jeszcze zdziałaliśmy? Przywieźliśmy dwie przyczepy polnych kamieni na podwórko i wrzuciliśmy tam, gdzie robi się błoto od samochodowych kół. Efekt – wszyscy parkują GDZIE INDZIEJ więc błoto również gdzie indziej się zrobi. Z tym też sobie poradzimy 🙂

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s