pierwszy dzień wakacji

upłynął dość pracowicie, acz nie tak owocnie, jak oczekiwałem. Rano pojechałem do ARiMR i uporządkowałem kozie sprawy. Sukces. W drodze do domu wpadłem do znajomej i pokazałem, jak to z tworzeniem bloga działa – mam nadzieję, że sukces dydaktyczny poniosłem. Potem postanowiliśmy z Anią wreszcie zrobić klatke na psy, na wymiar bagażnika LR. I tu – sukces częściowy, a w zasadzie brak sukcesu. Pojechaliśmy kupic kątowniki, przytaszczyliśmy stosowny panel ogrodzeniowy, znaleźliśmy elektrody do spawarki i się zaczęło. Przycięcie kątowników, żeby szkielet zmontować był…o banalne, pospawanie ich ze sobą w zasadzie również dość proste, chociaż o spawaniu mam pojęcie, mniej więcej, jak baran o gwiazdach. Dało radę. Schody zaczęły się, jak przyszło do wspawywania wyciętych na wymiar stosowny fragmentów panela, żeby klatka była klatką (kolejne odniesienie do tytułu pieśni znanego dość artysty, przepraszam, się mi skojarzyło w tej chwili). Oczywiście, skoro nie umiem spawać a za spawanie jednak uparcie się biorę, to muszą być niepowodzenia. Przyspawanie drutu z którego skonstruowany jest panel do kątownika, z którego skonstruowałem ramę klatki okazało się generalnie awykonalne. No trzy z szećiu ścian wyspawałem, owszem, klnąc i sobie nie radząc, uzyskując efekt niezbyt zadawalający. Drut się przepala, kątownika nie trzyma i generalnie kiepsko jest. W końcu odpuściłem – jutro, ze świeżymi siłami znowu podejmę ten nierówny bój z materią nieożywioną.

Poza tem, od poprzedniego wpisu – tak , opublikowałem go dzisiaj, choć z datą rozpoczęcia jego tworzenia – wypieliliśmy warzywnik, którego ogrodzenie jak do tej pory spełnia swoje zadanie. Zwierzyna się nie włamuje – koty się liczą? bo wschodzące ogórki obgryzły… – warzywa wzrastają. Wzrosło również zielsko, na potęgę i owszem, ale udało się wypielić i porządek jest, póki co.

Trwają sianokosy, w najlepsze trwają. Pozbierane siano u Państwa K, u Miłej Sąsiadki również. Nasze łąki czekają na pogodę i tniemy, skoro już jestem w domu i mogę się sianem zająć.

Coś jeszcze? Nic chyba na razie.  O rozrządzie w Volvo który strzelił nam na początku czerwca, w Warszawie, na skrzyżowaniu Jana Pawał i Krasińskiego nie ma co wspominać. A może?

No strzelił. Kicha – dwoje dzieci na pokładzie, korek – zalana Trasa Toruńska – a samochód nie jedzie. Trzeba zepchnąć na chodnik. Jakaś miła osoba, jak już z Anią pchaliśmy samochód, mając do pokonania po prawej naszej stronie pas do skrętu w prawo, postanowiła jeszcze zdążyć. Przecież nie mogła osoba poczekać, spieszno jej było, a my pchaliśmy samochód wyłącznie z braku lepszego zajęcia w niedzielne, późne popołudnie. Nic to. Udało się. Zadzwoniłem po Dziadka Michał, przyjechał, zaholowaliśmy Volvo na jakiś parking i przepakowawszy dzieci, zostaliśmy odwiezieni do domu. Kiedy czekaliśmy na ratunek, Esme, patrząc na ludzi tłumnie wędrujących ulicą, z prawdziwym zdumieniem w głosie i szczerym, dziecięcym niezrozumieniem w oczach zapytała:

– Tato, tu jest tylu ludzi, czemu nikt nam nie pomaga?
– Bo tu jest inaczej, Córeczko…*

W domu szybka akcja – co robimy dalej. Nasz Pan Sąsiad Mechanik zasugerował, żeby samochodu w stolicy do naprawy nie zostawiać, bo nas oskubią kompletnie. Dobra, ale jak go przywieźć? Ktoś ma lawetę? – Ja mam, może pan wziąć, kiedy pan chce. – powiedział siedzący z Panem Sąsiadem Mechanikiem kolejny sąsiad. tegoż jeszcze niedzielnego wieczoru, Tata Miłej Sąsiadki zgodził się w poniedziałek, czyli dnia następnego, Volvo na lawecie przyholować – tak zrobiliśmy. Są dobrzy ludzie na świecie? Są! BARDZO DZIĘKUJĘ! A potem Dziadek był tak miły, że zostawił nam swój samochód – bez tego byłoby kiepsko logistycznie – i wrócił do Warszawy pociągiem. Dziękuję, bardzo dziękuję!

Volvo już naprawione, samochodu Dziadka jeszcze nie oddałem. Ale nareszcie skończył się rok szkolny i chyba wszystko uda się opanować.

* Może wypadałoby dodać, że dzień wcześniej, na parkingu pod sklepem LR postanowił pożegnać się z akumulatorem. Przekręcenie kluczyka wydobywało z samochodu takie cyk i silnik nie ruszał. Natychmiast – sam z siebie – znalazł się pan który pomógł LR podepchnąc do swojego samochodu, wyjął z bagażnika kable i nam maszynę uruchomił. Dziękuję. Pojechaliśmy do AiJ, oczywiście przytomnie spytałem, czy aby może J ma prostownik – miał, jakżeby inaczej – ale już akumulatora nie podłączyliśmy, zajęci rozmową. Kiedy przyszło do odjazdu – znowu cyk po przekręceniu kluczyka. J wyjął kable, podłączyliśmy, wypiliśmy po kieliszku nalewki, samochód odpalił, a J w ramiach barterowej przedpłaty  za sterylizację psa dał nam wielki nowy akumulator. Są dobrzy ludzie? Są! Dziękuję!

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „pierwszy dzień wakacji

  1. Pingback: smród dydaktyczny | stajnia gołębie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s