weekend

Wczoraj wieczorem, czy może raczej późnym popołudniem na podwórko zajechał samochód. No bywa – po to jest podwórko, żeby na nie wjeżdżać, a jak się ma gabinet weterynaryjny przy domu, to w zasadzie człowiek powinien się cieszyć, że ma ruch jak na Marszałkowskiej (powinien, ale nie zawsze umie, to tak na marginesie). No więc samochód.
– Aniu, masz gości! (no ja przecież na nikogo nie czekałem, a samochód obcy, to chyba jednak do Ani ludzie).
Otóż pomyłka – jednak do NAS. O kozy chodzi.
– Jest P. z kolegą, pytają ile chcesz za zabukowanie kozy. Wyjdziesz do nich?
No wyjdę, co mam nie wyjść. Sprawa prosta – nic nie chcę, jak chce – ten kolega – niech kozę przywozi, nasze kozły się ucieszą. Kiedy przywieźć? Jak dla mnie, nawet zaraz. Co za różnica. Najwyżej koźlęta urodzą się latem, a nie w lutym, czy maju, jak to zwyczajowo u kóz. Pół godziny – jeśli aż tak długo – i koza przyjechała. Ładna, szara podpalana, z ROGAMI. A nasze to cholera bezrogie się wszystkie rodzą. W przyszłym roku nasze kozy pokryjemy jakimś wielce rogatym, czarnym capem. Nie ma innej opcji. Czy na bramie powinniśmy przyczepić tabliczkę: “Tutaj bukuje się kozy”?

Potem Ania, znowu tknięta chyba jakimś przeczuciem, w zasadzie po nic poszła do koziarni. I dobrze – kózka A, córka Mećki, leżała pod kastrą z wodą. Pod, w sensie dosłownem. Jak ona się tam zaimplementowała – tajemnica wielka. Taką lejącą się przez ręce – choć wcześniej podała jej już dożylnie glukozę w gabinecie – Ania przyniosła do domu. Dziewczynki – mimo nawrotów gorączki – zachwycone. Oglądały “Gwiezdny Pył” z kozą na kolanach, przykryte kocem. Co jakis czas Esme zdawała raport: – Żyje, Tato, czuję, jak jej serduszko bije.

Poszliśmy wydoić Mećkę, żeby A czymś nakarmić. Skucha drobna – Mećka jeden strzyk ma pusty, a drugi z jakimś chyba zapaleniem. To co wydoiłem, trzeba było wylać. Nic – matek karmiących w koziarni mamy sporo, wydoiliśmy Kozę F. Trochę cudowała, jak to ona zawsze, ale jednak sukces. Potem jeszcze trzeba było przekonać A, że z gumowego cycka też da się pić – znowu sukces. Trochę wieczorem meczała, ale dało się zasnąć.

Rano, pod nogami, oprócz kotów plątała mi się jeszcze mała koza. Czy to jest normalne? Jak się ma kozy, to pewnie tak. Jeszcze ja Ania nakarmiła i odniosła do Mećki. I wszystko jak na razie gra.

Na podwórko, przed chwila zajechał pierwszy dzisiaj samochód z pacjentami.

Niedziela!

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, kozy i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s