trzy dni

Tyle właśnie udało nam się spędzić nie w domu a na dworze, znowu działając. Dzieci przestały chorować, Estera nie jest już w kropki, a Esme nie ma gorączki. Kaszlą jeszcze, ale na to akurat siedzenie w domu, przy tak pięknej pogodzie z całą pewnością im nie pomoże.

Zaczęliśmy od porządków w warzywniku – udało się. Powyrywane wszystkie chwasty, które zdążyły jeszcze jesienią na pustych grządkach się zainstalować. Rozgrabione kretowiska w alejkach, między grządkami. Naprawiona furtka, której jakoś jesienią zawias się odkręcił i nie było kiedy tego zreperować. Furtka została również wyprostowana. Wyprostowana, bo z niejasnych przyczyn od nowości krzywo ją poskręcałem. Drażniła mnie swoją krzywością całe lato i jesień. Poprawiłem po niemalże roku. Zrobione – to najważniejsze.

Spaliliśmy resztki starych gałęzi, docięliśmy trochę nowych. Wczoraj było – no, w zasadzie było – pierwsze w tym roku ognisko, takie z siedzeniem i w ogóle. Było krótkie, bo przez pakowanie koni Miłej Sąsiadki trochę nam się w czasie wszystko poprzesuwało.

Konie oczywiście za diabła nie chciały wejść do przyczepy. W zasadzie ich prawo, skoro w zasadzie nie jeździły nigdy, ale zawsze to jednak jest denerwujące, jak koń z człowieka sobie żarty urządza. Po dość długiej walce – udało się, dojechały na miejsce w całości.

Wczoraj przyjechały też podkłady kolejowe na słupy do ogrodzenia. Poprzednia partia skończyła nam się ubiegłej wiosny, przy kończeniu padoków. Szukaliśmy – Ania w zasadzie – strasznie długo, aż znalazła. Pod Mławą, czyli małe 64 km od nas. Ale przyjechały, malowniczo zalegają teraz zaraz za bramą do ogrodu. Trzy nawet udało nam się z SB przenieść wczoraj na miejsca docelowe, czyli na granicę między ogrodem a łąkami.

Dzisiaj udało nam się nawet jeden słup postawić, mimo korzeni lipy przeszkadzających w kopaniu i Dziecka Starszego, uskuteczniającego focha i ucieczki poza zasięg wzroku rodziców. Jak dobrze pójdzie, to może jeszcze jeden uda się wkopać i – no, tu już pewnie się rozpędzam – furtkę na łąki zrobić. A potem wystarczy postawić pozostałych 70 podkładów i w ten sposób powstanie szczelny, dziecio i pso odporny ogród. Potem kojce dla psów, nowe budy i całe towarzystwo będzie można socjalizować, na ogrodzonym terenie, bez ryzyka, że odgryzą opony z przejeżdżającego drogą samochodu. Tak, oczywiście to już kolejny plan, jak ogrodzenie na psy uskutecznić, ten zdaje się mieć – jak na razie – największe szanse powodzenia. Zobaczymy. Cały czas jest był z nami w ogrodzie Pan Pikuś – bardzo się on pilnuje. Znacznie jest mniej problematyczny w ogrodzie, niż kiedy człowiek usiłuje zrobić cokolwiek w stajni. Wtedy wzięcie do ręki jakiegokolwiek narzędzia osadzonego na trzonku  (wszystkie narzędzia używane do codziennej pracy w stajni są osadzone na trzonku) powoduje ujadanie i platanie się pod nogami. W ogrodzie ten problem znika. Taka wiosenna obserwacja.

Zdjęliśmy przegrodę w koziarni, oddzielającą matki z dziećmi od capów i Schabowego. Cały kozi gang – 22 sztuki całego towarzystwa – wygrzewa się aktualnie w wiosennym słońcu. Schabowy, wbrew naszym wcześniejszym obawom, nie zdradza zamiarów konsumpcyjnych względem kóz małych. Jest raczej miłym wujkiem. Dodać jeszcze można, że Koza A – córka Mećki – spędziła kolejną noc u nas w domu – znowu wieczorem coś z nią było nie tak i Ania z Esme przyniosły ja na izbę. Wypiła całe mleko, które mieliśmy w lodówce, powrzeszczała trochę, jak zgasiliśmy światła, wyspała się, podokuczała kotom, spróbowała zjeść kartkę papieru i inne, równie atrakcyjne kulinarnie obiekty, po czym została odniesiona do koziarni. Oczywiście wcale nie chciała tam na początku zostać, ale nie będziemy przecież trzymać kozy w domu. Mećka jej nie odgania, tyle że Puchacz – braciszek – nie pozwala jej pić mleka z jedynego obsługiwanego przez nie strzyka… Jest już jednak na tyle duża, że może jeść siano, więc da radę. Mleko będziemy jej nosić w butelce rano i wieczorem. Wygląda na to, że przez te nocowania w domu, będzie równie miłą i łatwą w obsłudze kozą, jak Tymotka.

Kolejnym kozim artystą jest Szpilka – syn Różyczki. Jeżynka od początku nie chciała go karmić. Przystawialiśmy go wymienia, przystawialiśmy do innych kóz karmiących. Tak się sprytek mały nauczył, ze teraz tylko czeka, aż któraś koza zajmie się jedzeniem i już pod nią jest i już ssie. Fakt, jest mniejszy od pozostałych, ale daje sobie radę sam! Zabawna jest Jeżynka – kiedy Szpilka się pod nią wbija, ta, nie mogąc go inaczej spławić, łapie go zębami za ucho, wyciąga spod siebie, trzyma jeszcze chwilę, jakby za karę i puszcza. I tak w koło Macieju. W zasadzie i tak jest uprzejma – Koza F bierze Szpilkę na roki i rzuca nim gdzie bądź, podobnie jak z każdym nie-jej koźlęciem, plączącym się zbyt blisko.

Od kiedy wypełzliśmy z domu, codziennie słyszymy żurawie, wczoraj Esme wypatrzyła klucz dzikich gęsi. Dzisiejsze gęsi pierwsza zobaczyła Ania. Wiosna! Pod oknami gabinetu Ani wychodzą z ziemi tulipany.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, konie, kozy i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s