niezły pasztet

Zabraliśmy się za jesienne porządki w stajni. Konie wracają na noc, więc trzeba resztki nawozu wybrać. Pasowałoby też wywieźć na łąki pryzmę zalegającą za zakładem od dwóch lat (w zeszłym roku najpierw lało i było takie błoto, że nie dało się wjechać ciągnikiem, a potem wszystko zamarzło). W piątek JŻ razem z M przyjechali z rozrzutnikiem i zaczęliśmy działać. We trzech z siedmiu boksów powinno pójść szybko. No w zasadzie szło nieźle, tylko się późno zrobiło i trochę zostało na dzień następny. W sobotę rano – zmiana planów. Jest ładnie, to wywieziemy pryzmę na łąkę, a potem się w stajni skończy. Plan był nad wyraz chytry i czas oszczędzający – trzy ciągniki, jeden z turem do ładowania i dwa z rozrzutnikami (jeden J a drugi pożyczony od ISz), żeby przestojów nie było – zanim z jednego rozrzutnika wywali się wszystko na łąkę, drugi będzie załadowany. Znowu – szło dobrze, dopóki nie zaczęły się trudności.
Trudność pierwsza – w rozrzutniku ISz spada łańcuch napędzający wiatraki rozwalające gnój po łące. Proste – dwa klucze i trzeba podciągnąć śrubę napinającą. Pięć minut roboty i jazda dalej. Kiedy zostało towaru na góra dwa kursy, pojawiła się trudność druga – wypadła belka z taśmy przesuwającej nawóz w stronę wiatraków. Poszliśmy z J. – tak, akurat poszliśmy – pobiegliśmy wrzeszcząc i machając rękoma, żeby D. wyłączył przekaźnik, zanim wciągnie belkę pod spód i narobi katastrofy. Tym razem trudność większa, bo przekosiły się wszystkie belki i trzeba je wyprostować. W zasadzie to też powinno być proste – z jednej strony poluzować naciąg łańcucha, to druga strona pociągnie i będzie wyprostowane. Nie chciało zadziałać, wyjęliśmy jeszcze cztery kolejne belki. Dalej nie działa – łańcuch przeskakuje. Lipa – trzeba wrócić, gnój widłami przeładować na rozrzutnik J i dopiero da się zobaczyć, o co to chodzi z tymi pokrzywionymi belkami i łańcuchem nie chcącym ciągnąć, mimo, że niby jest dobrze naprężony. Przeładowaliśmy, a co. Żeby było zabawniej, to był nawóz dna pryzmy, taki dobrze rozmaślony, przelatujący przez widły i wciągający buty. Oczywiście w sobotę, skoro miałem tylko stać na łące i poprawiać towar ładowany ciągnikiem, ewentualnie jeździć ciągnikiem, miałem zwykłe buty a nie kalosze. Teraz czeka mnie sporo czyszczenia… To tak, żeby było zabawniej.

Po przeładowaniu okazało się, że zaczęła przeskakiwać zębatka i nie przesuwa taśmy podającej nawóz. Hy! Nie może być za prosto, prawda? Rozmontowaliśmy zapadki na łące, poszliśmy je zeszlifować, żeby głębiej w zębatkę wchodziły i… nie do końca pomogło. Ileś ząbków łapało dobrze, a potem trzeba było iść i przytrzymywać zapadkę ręką, żeby nic nie przeskoczyło. Takie pół automatyczne rozładowywanie. Wymyśliłem, że zamiast trzymać ręką, trzeba jakiś obciążnik powiesić i powinno być OK. Sznurek miałem w kieszeni a kamień znalazłem pod drzewem. Przywiązałem i pomogło! Pryzma zniknęła, przenieśliśmy się do stajni. Załadowaliśmy pierwszą porcję, M wyjechał na łąkę i… guzik z pętelką. Mimo super oraz ekstra obciążnika – musiałem zrobić drugi, bo pierwszy się był zgubił – nie działa. Znowu rozrzucanie półautomatyczne i daliśmy sobie spokój. Znowu nie wywiezione do końca, ale cóż, nie psuje się tylko to, czego nie ma, względnie to, czego się nie używa. Ogólnie miało być szybko, a wyszedł niezły pasztet!

Jak pasztet, to pasztet. Wieczorem zrobiłem, w prezencie urodzinowym dla mojej mamy, a jakże – pasztet z kurzych wątróbek. Przepis jest banalny:

0,5 kg kurzych wątróbek
300 g masła
2 cebule
2 ząbki czosnku
tymianek – ile kto lubi
sól i pieprz
brandy, lub koniak albo porto (co kto woli)

Masło rozpuścić, zostawiając dwie łyżki, zeszklić na maśle cebulę z czosnkiem, dodać wątróbki i tymianek. Smażyć, aż się zabrązowią, ale w środku pozostaną różowe. Dolać brandy czy co tam kto wybrał – ja wlałem 200 ml wiśniówki, ale wyszedł trochę za słodki, poprzedni z porto był lepszy  –  odparować alkohol. Przełozyć do malaksera i zmiksować na gładką masę. Nakładać do miseczek – masa będzie pół płynna – zalać na wierzchu resztką stopionego masła, żeby nie wysychało. Wstawić do lodówki do stężenia. Podawać jako smarowidło do chleba.

Smacznego.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, konie i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „niezły pasztet

  1. a czy dżdżownice kalifornijskie też odbyły podróż na pola, czy zostały i nadal pracują?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s