pierwszy poranek po feriach, albo dramat goni katastrofę

Prolog odbył się wczoraj wieczorem – Dziewczynki, padając na twarz i jednocześnie twierdząc, że wcale nie są zmęczone, nie chciały się położyć spać. Owszem, przygotowały sobie ubrania na rano, żeby było szybciej i sprawniej, ale jak już się znalazły w łóżkach, dostały nowego przypływu energii. Tłumaczone było, że rano trzeba wcześnie wstać, bo ferie się skończyły, do szkoły trzeba jechać i w ogóle. Oczywiście dzieci wiedzą lepiej i nie dały się przekonać. Padły koło 22:00 (ze wskazaniem na po 22:00)

Dzisiaj rano oczywiście trudność ze wstawaniem. Esme się niby budzi, ale jednak śpi, Estera wcale się obudzić nie chce. Esterę udało się przekonać perspektywą, że zrobimy kakao. Zrobiliśmy, wypiła, Esme dalej śpi. Potem Estera się ubrała, a Esme zaczęła opowiadać, że ona nie lubi wcześnie wstawać i chce spać. Dramat! No przecież mówiliśmy, że tak będzie, ale co z tego? Żeby było jeszcze łatwiej, Ania musiała się pozbierać i pojechać do jakiegoś źrebaka, u którego była wczoraj wieczorem. Tak więc na placu boju został ojciec…

– Poradzisz sobie, żeby je zapakować?
– No przecież muszę, Ty sobie radzisz…

W końcu się udało – Panny ubrane, zęby wyszorowane, włosy uczesane. Nawet byłem taki sprytny, żeby poprosić Anię, żeby mi Citroena włączyła, jak będzie wychodzić, to nie trzeba będzie szyb skrobać, wszak mróz. Włączyła. Czasu mieliśmy sporo – 40 minut do rozpoczęcia lekcji.

– A gdzie worek z butami na zmianę?
– Nie wiem…
– Nie brałaś na taniec?
– Nie!
– Hmmm…

Telefon do Ani – też nie wie. Katastrofa. Na szczęście udało się w szufladzie znaleźć zapasowe, czerwone, nie śmigane tenisówki, dzięki czemu wyszliśmy z domu bez awantury. Zrobiło się pół godziny do początku lekcji.

W samochodzie objawiła się kolejna katastrofa – dmuchawa w samochodzie zmarła, więc owszem, silnik nagrzany, ale szyby pozamarzane – od zewnątrz  od wewnątrz. Rewelacja! Oskrobałem co się dało, a co mi tam, wlazłem do środka i kolejny dramat – jak siedzą trzy osoby w zimnym samochodzie, to oddechy natychmiast zamarzają na szybach. A nadmuch nie działa i już. Szyby też przymarzły, opuścić ich się nie da. Nie pojedziemy do szkoły, bo przecież nic nie widzę. Skrobanie szyb od środka zaowocowało mnóstwem szronu wszędzie – na kierownicy, podszybiu, fotelach. Dzieci – zachwycone!

– Śnieg, śnieg pada w samochodzie!

No rewelacja. Nie muszę dodawać, że ręce mi zamarzły, prawda?, bo oczywiście znalazłem tylko jedną rękawiczkę – lewą – a praworęczny jestem. Nic. Udało się jakąkolwiek widoczność – czy podgląd na drogę raczej – uzyskać, więc ruszyliśmy. Po drodze do Nasielska cały czas skrobaliśmy szybę od środka, bo nieustająco zamarzała. Szyby oczywiście nie chciały puścić. Dmuchawa ożyła na chwilę, jak do szkoły zostało nam może kilometr – dobre i to. Esme, trzymając skrobaczkę, kiedy akurat nią nie operowałem, zrobiła świetną robotę – oczyściła prawą szybę wręcz idealnie, dzięki czemu udało się skręcić w lewo bo widziałem, czy coś z prawej nie nadjeżdża. taka drobna, poranna przyjemność. Pod szkołą, oczywiście, musiałem sprawdzić, czy dmuchawie życie wróciło na dobre. Sprawdziłem – nie wróciło. Doskonale! Nic, zdążyliśmy bez problemu. Między samochodem a szkołą – 50 metrów – prywatny dramat Estery.

– Rajstopy mi spadają! Rajstooopyyyyyy!

No moja wina, przecież w domu widziałem, że gumkę mają luźną, trzeba było od razu interweniować. Moja wina. Teraz za późno. jakoś doszliśmy do szkoły, w szatni udało się jakoś te rajstopiszcza popodciągać i zaklinować spódnicą. Katastrofa zażegnana.

Dzwonek na przerwę, Esme wzięła plecak i pognała na górę do sali, my do samochodu.

Droga do przedszkola a potem z przedszkola do domu bez dalszych przygód. Jedzie się chwilę, więc miałem czas na myślenie. Więc pomyślałem, że wszystko jest jak zwykle:
Dmuchawa od jakiegoś czasu miała konceptualny stosunek do działania. Włączała się, albo nie, piszczała, wyła i w ogóle sugerowała, żeby się nią zająć. Ale po co? No jest przecież czas, a dmuchawa jednak zawsze w końcu się włącza. Ferie będą, to się zrobi. Się nie zrobiło. Jak zawsze. Jak ze zmianą opon w Volvo – zawsze się zdąży. A potem jeździ się cztery lata non stop na zimówkach, potem się kupuje – jesienią – nowe zimowe opony, bo stare się zdarły do łysego, docenia się ich zalety całą zimę a na wiosnę kupuje się nowe, letnie opony – bo przecież szkoda jeżdżone jeden sezon zimówki niszczyć. I nowe, letnie opony leżą od wiosny, przez całe lato w warsztacie, a potem przychodzi znowu jesień, więc już nie ma sensu ich zakładać, prawda? Się na wiosnę założy, teraz to już na pewno! A zimowe opony do Citroena leżą na podwórku od jesieni, bo przecież ciepło i bezśnieżnie jest, to po co je zakładać, się zdąży jeszcze, prawda? Się nie zdążyło i teraz się ślizga. I dmuchawa wpisuje się w tę poetykę.

Wróciwszy do domu, zabrałem się za lekturę internetu – tak tak, jak tylko wyjdzie się z FB, można znaleźć na prawdę wszystko, a w szczególności ciekawe wątki na forach samochodowych. Wątki traktujące o różnych problemach stwarzanych przez samochody i różnych metodach tych problemów rozwiązywania. Metodach innych, niż pojechanie do warsztatu, bo przecież zrobione musi być na natychmiast a w warsztacie, nawet najlepszym i najbardziej zaprzyjaźnionym, po sąsiedzku, tak to się nie da. A jutro muszę jechać do Warszawy, raczej jednak samochodem i nie wyobrażam sobie skrobania szyby przez 64 km… Zapewne jest to tylko kwestia mojej, ograniczonej raczej, wyobraźni.

Znalazłem informację, gdzie jest dmuchawa i jak się do niej dobrać – zdejmuje się osłonkę nad nogami pasażera, potem trzy wkręty i już, wszystko na wierzchu. Proste! Wyjmę, popatrzę, a co mi tam. Znać się nie znam, ale może mnie coś oświeci? Skoro jak się włącza nadmuch, to słuchać jak przekaźnik cyka i dalej nie dzieje się nic, to może jakieś styki nie działają, albo – skoro piszczało – to może mechanicznie śmigło jest uszkodzone, a raczej łożysko, na którym to się kręci. Się zobaczy, a w razie co, po posiłki zadzwoni. Trudność pierwsza – oczywiście nie da się znaleźć ŻADNEGO śrubokręta. Jak zwykle! Trudność druga – żeby zdjąć osłonkę, trzeba mieć takie fikuśne, gwiazdkowe klucze. No znowu świetnie. Może uda się jakoś śrubokrętem, tylko, że żadnego nie ma. No szlag! Poszukiwania śrubokręta w warsztacie ujawniły… komplet takich fikuśnych, gwiazdkowych kluczy (kiedyś go kupiłem, bo musiałem odkręcić drzwi w Land Roverze).

Trochę mi się humor poprawił. Nawet udało mi się znaleźć śrubokręty (dwa! dwa śrubokręty!) w szufladzie, w której oczywiście już wcześniej szukałem. Po wyjęciu dmuchawy okazało się, że dalej cyka przekaźnik, a maszyneria rusza, jak się ja palcem popchnie. Hy. Pogmerałem, pobawiłem się włączając i wyłączając, patrząc jak toto się zachowuje. Pozdejmowałem złączki, spryskałem wszystko jakimś smarowidłem, co to ono podobnież stykom tez pomaga. Napsikałem do środka uzwojenia silniczka – do samego łożyska nie mogłem jakoś się dobrać, a jest tam gdzieś pod spodem. Poprzypinałem jak było i… NIC. Teraz to już nawet przekaźnik przestał cykać. Fajnie! Chociaż w zasadzie, co za różnica? I tak nie działało, to w zasadzie żadnej nowej jakości nie uzyskałem. A że cykać nie będzie – a niech sobie nie cyka, jak nie ma ochoty. Dla porządku majtnąłem jeszcze ze dwa razy przełącznikiem i DMUCHAWA OŻYŁA!. Zaczęła się zachowywać tak, jak powinna. Daje się ją włączyć, na dowolną z ustawialnych prędkości. Daje się ją wyłączyć. Działa również tryb AUTO. Pełen sukces. A że przy zakładaniu wszystkiego na miejsce okazało się, że zgubiłem jeden taki platikowy kołeczek, do mocowania osłonki? Nic to! Wkręt do drewna też się nadał i dobrze jest. Taki mały, lokalny sukces.

A czemu to się wszystko zdarzyło? Te katastroficzne dramaty od samego rana? A pewnie dla tego, że przed wczoraj rano, rozmawialiśmy z Anią o tym, że jakoś ostatnio żadne tematy do pisania się nie pojawiają… Jak to było, z tym wilkiem i lasem?

A teraz idę skończyć sprzątać w domu.

Dzień jest przy tym słoneczny.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, off topic. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „pierwszy poranek po feriach, albo dramat goni katastrofę

  1. dorotka_z pisze:

    nie wiem, czy powinnam Wam życzyć częstszych wpisów? Chętnie bym poczytała, choć zdaję sobie sprawę, że niektórzy, ponad moje preferencje, cenią sobie spokój 🙂

    Pozdrówki 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s