O serii przypadków oraz o tym, że albo trzeba bardzo dobrze pomyśleć, nim coś się zrobi, albo potem już nad tym nie myśleć, bo tylko się człowiek zdenerwuje

IMG_3879Wszystko zaczęło się od tego, że w poszukiwaniu nie wiadomo czego, bezmyślnie błądząc tępym wzrokiem po ścianach, przypadkiem spojrzałem na półkę z grami i wzrok zatrzymał mi się na pudełku ze Scrabble Junior. Esme dostała grę jakiś już czas temu i – jak do tej pory – głównie zbierałem z podłogi porozrzucane klocki z literami. Dzieci oczywiście “grały w Scrabble”, ale według własnych zasad. Urządzały na przykład konkurs rzucania literkami, robiły literom wyścigi i tak dalej, w nieskończoność. Wczoraj przyszło mi do głowy, że może trzeba spróbować zagrać na poważnie, skoro od września Dziecko Starsze chodzi do szkoły i w zasadzie umie już czytać i pisać – nie, nie jest jednym z tych genialnych dzieci, które w wieku trzech lat same swobodnie czytały gazety, choć nikt ich czytać nie uczył. Zaczęła się uczyć liter w przedszkolu i zerówce, a pisać i czytać zaczęła się uczyć poszedłszy do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Ad rem. Leniwe, niedzielne przedpołudnie, można pograć. Spróbowaliśmy i w zasadzie sukces. Tylko trochę trzeba było dziecku pomagać. W trakcie gry pomyślałem, że warto by zagrać w prawdziwe Scrabble – większa plansza, więcej liter, więcej możliwości, a zasady prawie te same (z dokładnością do sposobu liczenia punktów). No można by zagrać, zwłaszcza że jakoś się w to granie wkręciłem. Postanowiliśmy, że zjemy zupę i pójdziemy do stajni, a jak tam zrobimy co trzeba, to poszukamy zwykłego Scrabble, które przecież mieliśmy, więc gdzieś powinno być – obstawialiśmy oborę, gdzie są od czterech lat (zaraz pięciu!) nierozpakowane pudła z rzeczami przywiezionymi z Warszawy.
W stajni – pościelić koniom, nalać wody, owsa wsypać, żeby na wieczór, jak będą wracać, wszystko było gotowe. Ścieli człowiek, łazi z widłami, myśli – nie o widłach i słomie, bo to myślenia nie wymaga akurat – a o tym, że trzeba znowu rozrzutnikiem wjechać, bo się znowu nazbierało towaru. I myśli człowiek o tym, że znowu, cholera, trzy boksy do wywalania wygodne, podjechać można blisko, a dwa już trochę mniej wygodne – dreptać trzeba, bo nie ma jak się zwinąć ciągnikiem. O kolejnych czterech nawet człowiekowi myśleć się nie chce – tam kilometry trzeba z gnojem na widłach zasuwać. Bezsens! Co za łeb projektował tę stajnię? No przecież trzeba było zrobić inaczej! Wystarczyło zamiast skrajnych, lewych – od podwórka patrząc – wrót, zostawić wrota środkowe… Wtedy byłoby osiem, a nie dziewięć boksów, ale byłoby bliżej z gnojem biegać, a więc wygodniej! cztery boksy po lewej i cztery po prawej. Albo cztery boksy i biegalnia. I gdybyśmy siano w stajni trzymali, tak jak teraz, to bliżej byłoby kostki podawać z przyczepy, co jest nie bez znaczenia, bo przy +30ºC w cieniu pod nagrzewanym słońcem eternitem jest piekło, a kostki swoje ważą… Kto to wymyślił? Bez sensu te boksy ustawione! Ania się zgodziła – no bez sensu! Nikt nam przecież nie kazał, sami chcieliśmy i sami sobie zbudowaliśmy. Było albo najpierw pomyśleć dobrze, albo sie teraz nie zastanawiać, bo się tylko człowiek niepotrzebnie denerwuje…
Po porządkach w stajni poszliśmy jeszcze na łąki, zobaczyć co bobry nowego narozrabiały. No narozrabiały. Patrząc na ten ogrom zniszczeń, nie rozumiem, czemu rolnicy blokujący ciągnikami drogi mówią tylko o problemach z dzikami (które chronione nie są) a o tym, co nadmiernie rozplenione bobry wyczyniają, jakoś nie wspominają. A niszczą, niszczą potwornie i jest z nimi na wsi nie mniejszy problem, niż z dzikami. Wystarczy zapytać jakiegoś szczęściarza, któremu bobry zalęgły się w stawie albo rowie. Przy okazji zwiedzania bobrów i byłych stawów – zostały nam smętne rowki z błotnistą wodą – Łata, radośnie wbiegając na lód oczywiście się skąpała. Na szczęście a) – nie dostała się cała pod lód, a jeno zadu znaczną część moczyła, b) – cholerne bobry przecież i tak spuściły wodę, więc w najgorszym wypadku wlazłbym po psa, mocząc się najwyżej do pół uda. Nie przy takim mrozie jak wczoraj (+2ºC) wchodziłem do wody walcząc ze zwierzyną. W każdym bądź razie Łata sama się wydostała. Z Anią pogderaliśmy trochę “Widzicie Dziewczynki, czemu nie wolno wchodzić zimą na zamarznięte stawy? Można się skąpać, tak jak Łata…. bla bla bla bla”. Dzieci ogólnie ubawione mokrą Łatą radośnie biegnącą przez resztki niedojedzonego przez bobry lasu. „Jak Jack Frost! jak Jack Frost!”. Jak raz, przypadkiem, ostatniego wieczoru oglądaliśmy z dziećmi „Strażników Marzeń” – taki film, w którym występuje Jack Frost. Jack Frost z filmu był kiedyś zwykłym nastolatkiem, który ratując młodszą siostrę, wpadł pod lód i utonął.  Księżyc zamienił go w ducha zimy. O!
Łaty na szczęście nikt w nic zamieniać nie musiał. Tyle, że spłukała z siebie krople na pchły. Bywa.

W końcu udało nam się dotrzeć do obory, gdzie co prawda nie udało nam się znaleźć Scrabble – teraz obstawiamy strych albo komodę w domu – ale przypadkiem udało mi się znaleźć stare tapicerowane krzesło. Ot stare, drewniane, brązowe krzesło z siedziskiem i paskiem wąskim w oparciu obitym brudnym i wytartym materiałem w kolorze burobrązowo – nieokreślonym. Niby sam je tam musiałem wstawić cztery lata temu. Ponieważ było to jedno z tych krzeseł, które nabyliśmy razem z domem, jakoś zupełnie nie zarejestrowałem, że to krzesło w ogóle istnieje – nie miałem czasu się do niego jakoś szczególnie przyzwyczaić. Było, to było. Nie nasze, bez rewelacji jeśli chodzi o urodę.
Skoro nie pamiętałem, że takie krzesło było, nie pamiętałem również, że wstawiłem je do obory (jak można pamiętać fakt wstawienia do obory czegoś, czego nie ma się świadomości istnienia?)
Tak więc, zupełnie przypadkiem, odkryłem w oborze CUDOWNE, STARE, TAPICEROWANE krzesło! No rewelacja, zwłaszcza przy naszym chronicznym niedoborze krzeseł podczas różnych imprez, gdzie ludność nakarmić wypada. To nie jest tak, że przez cztery lata mieszkania na wsi stałem się miłośnikiem starych krzeseł obitych buro-nijakim, brudnym i wytartym materiałem. To jest tak, że kiedy Dziewczynki razem z psami i kotami doprowadziły nasze kanapy z dużego, szwedzkiego sklepu meblowego do kompletnej ruiny, Ania przytaszczyła do domu trzy fotele po swojej Babci… Nieduże, drewniane, rzeźbione, obite starym materiałem w złotobrązowe kwiaty. Nieduże kwiaty. Fotele, które przestały w naszym garażu rok od czasu, kiedy je dostaliśmy. Zacząłem szukać materiałów obiciowych i trafiłem na taki, który bardzo mi się spodobał. Kupiłem i pozmieniałem obicia. Zakochałem się i w fotelach i w materiale. Ci, którzy u nas bywają pewnie już zauważyli, że przerodziło się to w lekką obsesję. Naprawiłem i obiłem od nowa fotel, który przywieźliśmy z Warszawy – też stary, drewniany, w zupełnie innym stylu niż te trzy, wyżej wspominane. Dostaliśmy od moich dziadków dwa fotele – całkiem współczesne, takie ikeopodobne, z giętego drewna, się gibające, jak kto lubi. Też im pozmieniałem obicia, a co! Uszyłem narzuty na łóżka, poszyłem zylion poszewek na poduszki, leżące na wszystkich fotelach i łóżkach. I na deser – KRZESŁO! Akurat tyle mi zostało materiału – dokupowałem już w między czasie, a jakże, znowu muszę kupić z 15 m – żeby zrobić obicie siedziska i kawałka oparcia w starym, drewnianym krześle. Wyszło fajnie – no dobra, nam się podoba, Esme orzekła: “To moje!” i postawiła przy stole tam, gdzie zawsze siada.
Do dalszej zabawy mam jeszcze jeden stary, drewniany fotel, zniszczony przez Desera, oraz kanapę z dużego, szwedzkiego sklepu meblowego. A potem? A potem jeszcze znajdę coś, co można obić! I tak przez zupełny przypadek ze Scrabble mamy w domu nowy stary mebel, który już raz w domu mieliśmy. Niezła konstrukcja, prawda?
Do Scrabble wracając – pojechałem do Nasielska, gnany chęcią gry ale okazało się, że w żadnym ze sklepów sprzedających gry (całe dwa!) Scrabble nie mają. Skucha. Poszukamy jeszcze w szeroko pojętym domu, bo nieustająco mamy wrażenie, że gdzieś tę grę tu widywano. Tylko, kurde, gdzie?
Wieczorem kolejny, zupełnie przypadkowy przypadek. Odpaliłem pierwszy odcinek czwartej serii “Dawno, dawno temu” i co sie okazało? Że cała historyjka tym razem oparta jest na “Frozen”, czyli ukochanym filmie Dziewczynek! No rewelacja! Dzieci zachwycone, spokój w domu, nic nie demolują, nie kłócą się, siedzą i oglądają z rodzicami, a rodzice nie muszą oglądać non stop tych samych kreskówek. Todos contentos. Czego chcieć więcej?
Tak minęła, zupełnie przypadkowo leniwa niedziela.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „O serii przypadków oraz o tym, że albo trzeba bardzo dobrze pomyśleć, nim coś się zrobi, albo potem już nad tym nie myśleć, bo tylko się człowiek zdenerwuje

  1. Pingback: metamorfozy albo ciąg dalszy mojej tapicerskiej obsesji | stajnia gołębie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s