o zakupach

Oczywiście mogliśmy wszystko kupić wczoraj – też przecież byliśmy w sklepie i to nie jednym. Co nas powstrzymało – nie wiem. Może niedopracowana zakupowa lista? To tania wymówka, wiem. Dzisiaj więc wpadliśmy w pułapkę

a) dnia targowego – zawsze jest tłoczno
b) zakupów przedświątecznych.

Z początku szło nieźle, pomijając Dziecko Starsze rozjeżdżające mnie wózkiem, depczące mi z premedytacją po stopach, wiszące na wózku, który usiłuję pchać/ciągnąć. Żeberka chciałem kupić, wołowiny kawałek i kurze wątróbki. Stanęliśmy w niezbyt długiej kolejce po mięso. Znowu – szło nieźle. Aż przyszła pora na jakąś panią, która chciała kupić surowy boczek…

– Nie, żaden z tych kawałków, proszę przynieść więcej…

Sprzedawczyni – nie demon prędkości – przyniosła i otworzyła kolejną paczkę boczku. Powoli i z namaszczeniem. Położyła na stercie już leżącego w ladzie chłodniczej innego boczku. Podobnie tłustego, lub podobnie chudego, zależy, z której strony patrzeć.

– To z którego kawałka ukroić?
– …
– Więc?
– … Może ten? (pani pokazała na jeden ze świeżo rozpakowanych)

Sprzedawczyni z pietyzmem pokazała boczek z jednej, drugiej i kolejnej strony…

– …
– ?
– To może z tego.
– Ile ukroić? – sprzedawczyni przyłożyła nóż do ścierwa…
– …
– Tyle?
– …
– Tyle? – przesunęła nóż o dwa centymetry w lewo.
– …
– ?
– No, może tyle… – po kolejnym centymetrze w lewo – I jeszcze kawałek. Może z tego… – tu pani pokazała na chabaninę, która od początku leżała na stosie.

Ponownie rytuał pokazywania boczku z każdej możliwej strony

– Nie. Może jednak z tamtego… (znowu kawałek, który od dawna leżał na widoku)
– Tyle?
– …
– Tyle?
– No, niech będzie… (z wyraźną boleścią w głosie)

Sukces!
Oglądała ten boczek, jakby miała go w złoconych ramach powiesić na ścianie i zachwycać się jego doskonałym widokiem do końca swoich dni… Obok pani stała jej – jak sądzę – córka i z wielce strapioną miną kiwała głową nad każdym cholernym kawałkiem. W końcu to poważna decyzja – który kawałek?

Nie wytrzymałem, odwróciłem się i parsknąłem śmiechem, prosto w twarz kobiety stojącej za mną, również parskającej…

Cóż, pewnie nie znam się na gotowaniu, a już na pewno nie na przyrządzaniu boczku. Przecież to kluczowa decyzja – którego kawałka kawałek wziąć. Nie chciałby potem człowiek mieć poczucia, że nie poświęcił dość uwagi, na wybór kawałka mięcha, które trafi na stół, prawda? Świąteczny, zaznaczmy, stół. Tylko tacy kuchenni dyletanci jak ja, proszą o dwa paski żeberek i nie marudzą, które paski zostaną podane. Podobnie nie marudzą, prosząc o kawałek wołowej karkówki, nie proszą, żeby mniejszy kawałek z tego podniesionego przez sprzedawczynię zrobić. Tylko tacy nie znający się na gotowaniu jak ja, nie oglądają każdej kurzej wątróbki, z której zamierzają zrobić pasztet. Przecież przejrzenie, sztuka po sztuce, 1/2 kg wątróbek nie trwałoby aż tak długo, można byłoby się trochę przyłożyć, a nie brać, jak leci, czy raczej – jak nakładają. Można by się trochę jednak poświęcić dla pasztetu.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s