koniec roku szkolnego, albo wszystko na raz

Jest taki moment, gdzieś w połowie czerwca, kiedy zaczyna się kończyć rok szkolny. W zasadzie wszystko pięknie, zaraz będą dwa miesiące wolnego i powinienem się cieszyć. Dzisiaj się cieszę – się skończyło. Ale procesu stawania się końca roku nie znoszę. Z kilku powodów.

Po pierwsze – to, co się dzieje w szkole. Nagle wszyscy uczniowie przypominają sobie, że chcą mieć dobre oceny – ze wskazaniem na bardzo dobre i celujące. Jednocześnie zapominają, że w zasadzie nic przez 10 miesięcy nie robili. Zaczyna się chodzenie i marudzenie. Okropność.

Nagle rodzice odkrywają w sobie niebywałe pokłady zainteresowania szkolnymi wynikami swoich dzieci, choć przez 10 miesięcy nie zdradzali bodajże najmniejszego… Zaczyna się chodzenie i marudzenie. Okropność.

Żeby było łatwiej, czerwiec jest oczywiście tym miesiącem, kiedy należy zebrać siano. Tu pojawia się motyw konieczności bilokacji. Trzeba być w szkole i jednocześnie śmigać ciągnikiem po łące. Bo przecież nie może być tak, że ludzie u mnie przy sianie pracują, a mnie nie ma. I z pogodą trzeba jeszcze trafić, żeby to, co się zetnie, zechciało uprzejmie wyschnąć. Już raz wyjmowaliśmy siano z wody na łące (napisałem o tym tutaj) i nie potrzeba nam powtórki.

W tym roku w zasadzie całkiem nieźle się udało. Pominę fakt, że zaraz po tym, jak Pan K ściął pierwszy kawałek łąki, lunął deszcz i padał przez całą chyba noc. Na świeże jak pada, biedy nie ma. Gorzej, jak jest już podeschnięte. A potem jeździłem z przetrząsarką, dwa razy dziennie, kontemplując okoliczności przyrody:

Jaskółki nisko latają – będzie padać! Szlag. A może nie będzie? Będzie, bo wilgotno, owady mają wilgotne skrzydła i nisko latają, to jaskółki też. Będzie padać. A może wcale nie? No przecież z takiej roztrząsanej trawy mnóstwo robaków musi wylatywać i stąd te niskolotne jaskółki. Tak, to na pewno to! Tej wersji się trzymajmy!

Snułem również rozważania, na temat wpływu jazdy Fergusonem na dobre obyczaje. Oto konkluzje:

primo – człowiek trzyma łokcie przy sobie, jak przy jedzeniu, bo inaczej ma te łokcie strasznie poobijane o błotniki, a to boli.

secundo – człowiek nie łapie kierownicy od środka (na kursie nauki jazdy samochodem strasznie za to tępili, nie podając jednak przyczyny), bo jak szarpnie kołami na jakiejś dziurze, to paluchy poutrąca, a to też boli. I tak sobie jeździłem rozmyślając. Siano zebraliśmy we wtorek (we czwartek wieczorem było ścięte).

Drugi kawałek łąki Pan K. skosił następnego dnia po tym, jak zebraliśmy pierwszą partię. A potem aż do poniedziałku jeździł i je przetrząsał, bo ja byłem albo w Warszawie na radach pedagogicznych czy innych komisach, albo właśnie mieliśmy w ogrodzie urodzinowe przyjęcie Esterki, albo Esme tańczyła podczas Dni Nasielska.

Impreza popołudniowa, w niedzielę, dzieci tańczyły może ze trzy minuty, a całe popołudnie przeorganizowane. Nie, nie narzekam. Było miło. Wata cukrowa, baloniki, te sprawy. A na koniec koncert reaktywowanych Wałów Jagiellońskich – no normalnie aż mi się dzieciństwo przypomniało… Tyle, że moje dzieci chciały już iść do domu i nie było opcji zostania do końca. Trudno.

Z tego wszystkiego zacząłem zapominać o różnych rzeczach…

W piątek 19 czerwca, po komisach, zapomniałem ze szkoły zabrać torebkę z portfelem. Odkryłem to w Łomiankach. Nie, nie chciało mi się wracać – godzina w plecy. Zadzwoniłem do MMi, z pytaniem, czy mogłaby schować torebkę do mojej szafki – w poniedziałek i tak musiałem jechać na kolejną radę. Co się okazało? Że MMi będzie jechać do Stanisławowa i może mi towar podrzucić. Super! Punkt przeładunkowy pod lodziarnią przy moście w Pomiechówku. Tą samą lodziarnią, gdzie od zawsze jadaliśmy lody, jadąc z dziadkami na działkę w Goławicach. A teraz zjadłem lody z Esterką, czekając na MMi. Pani Od Lodów miała te same żetony, których używała 30 lat temu – dalej nie wiem, po co je przekłada z pojemnika do pojemnika… Pani Od Lodów pewnie też była ta sama. Tylko lodziarnia się zmniejszyła – kiedyś zajmowała, razem z piekarnią cały budynek. Dzisiaj – jedno, niewielkie pomieszczenie. Resztę zajmują “alkohole 24 godziny” jakaś kwiaciarnia i hurtownia spożywcza, prowadząca również sprzedaż detaliczną, żeby nie było. I nad Wkrą są eleganckie bulwary i park linowy i w ogóle. Z Esterką oglądaliśmy wielką ciężarówkę, jeżdżącą w poprzek rzeki, oraz wielką, gąsienicową koparkę, stojącą w rzece i kopiącą coś pod mostem kolejowym.
– Tato…
– T
ak?
– To chyba jest podwodna koparka, prawda?

No jasne, że podwodna. Inna by przecież do rzeki nie wjechała. Proste!

Siano zebraliśmy w poniedziałek – o mały figiel a nie dość, że nie miałem czasu wysuszyć swojego siana , to jeszcze nie wziąłbym udziału w jego zbieraniu, bo akurat była ostatnia rada pedagogiczna. Jeszcze wychodząc z rady przypomniałem sobie, że zapomniałem zabrać z domu sprężynę, co to ona potrzebna była, żeby z niej nagrodę uczynić. Nic – będę musiał pojechać do szkoły jeszcze raz. Wsiadając do samochodu pod szkołą zadzwoniłem do Ani powiedzieć, że ruszam i dowiedziałem się, że zbierane będzie. Zdążyłem! Wjechałem na podwórko, zostawiłem samochód, wziąłem widły i kapelusz (bez kapelusza jakoś nie mam siły kostek dźwigać) i poszedłem na łąkę. Znowu się udało i strychy są pełne.

We wtorek – Wianki and Narwią w Pułtusku, Esme z grupą tańczą na festynie. Miało być 17:00 – 18:00. Zatańczyli po 19:00. W międzyczasie ulewa – no, przecież miało być święcenie wody, prawda? To było! Na szczęście akurat siedzieliśmy pod parasolami, jedząc frytki i kiełbasę. Miało ich tańczyć dziewięcioro – tyle jest dzieci w grupie. Przyjechało pięcioro, zatańczyło czworo – świetnie dali sobie radę, mimo, że trzeba było tuż przed występem zmienić układ. Dzielni są!

Do szkoły pojechałem we czwartek. Gdzieś w międzyczasie okazało się, że jeszcze w dzienniku jednym muszę coś poprawić, bo miałem inną kolejność nazwisk w swoim kapowniku (alfabetyczną) niż jest w dzienniku (wynikowa). Czerwony długopis i pięć minut roboty. Zostawiłem sprężynę oraz gęsie pióra – też nagroda jakaś… A potem znowu godzina jazdy do domu – ot, cena sklerozy. Przy okazji pobrałem psa Bemola.

Zostało jeszcze 1,6 ha łąki za rowem. Miało być skoszone przed wczoraj, ale kosiarka postanowiła odmówić posłuszeństwa. Poczekamy do poniedziałku, może wtorku…

Rok szkolny szczęśliwie skończył się przed wczoraj. Dziecko starsze odebrało swoje pierwsze świadectwo, odebrało nagrodę za II miejsce w jakimś konkursie.

Zaczęły się wakacje. Po niecałych dwóch dniach mam już ich serdecznie dosyć – dzieci świrują i roznoszą dom. Wytrzymać się nie da. Chyba trzeba jakiś letni rytm opracować i wrzucić, bo inaczej zwariujemy wszyscy.

P.S.

Dzisiejsza niedziela, pierwsza niedziela wakacji, dopełnia chyba całości.

Pierwszy telefon do Ani – 4:20 – trzeba odjąć łożysko u klaczy.

Drugi telefon – ósma z minutami – jałówka poroniła cielaka – potworka. Ania wróciła koło południa. Po drodze jeszcze jakaś inseminacja i coś tam jeszcze. Na 15:00 – z małym poślizgiem – byliśmy w Warszawie na bardzo miłej, rodzinnej imprezie. Wróciliśmy po 20:00 – telefon… trzeba łożysko u krowy odjąć… Taka ładna, niedzielna klamra kompozycyjna.

Ania pojechała, ja kończę marudzić i idę czytać Dziecku Starszemu na dobranoc. Dziecko Młodsze padło w drodze.

Dobranoc.

Udanych wakacji!

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s