rodzinne wakacje

Tak dychotomicznego dnia jak wczorajsza niedziela, chyba jeszcze nie ćwiczyliśmy.  Zacząć trzeba od tego, że w sobotę przyjechała moja siostra z Mikołajem. Dziewczynki przeszczęśliwe – bardzo dobrze idzie im rozrabianie we trójkę i bardzo to lubią. Z powodu potwornego upału, sobotę spędziliśmy na nic nie robieniu w ogrodzie. Włączyliśmy dzieciom zraszacz do trawy i było szaleństwo. Usiłowaliśmy zrobić obiad – bez większego sukcesu, bo węgiel w grillu nie chciał współpracować. Niby się rozpalił, ale w efekcie słońce grzało chyba lepiej, niż ten niby rozpalony grill. Trudno. Ziemniaki z sałatą też są dobre. Po południu pojechaliśmy z dziećmi nad zalew na Sonie, w Nowym Mieście. Elegancie bulwary, drzewa, stoły piknikowe, plaża i dziki tłum ludzi. Woda ciepła jak zupa. Dzieci znowu się rozszalały. Wakacje całą gębą. Posiedzieliśmy do wieczora a wracając mieliśmy już mocne postanowienie, że w niedzielę rano powtarzamy plażowe szaleństwo. Tak też zrobiliśmy.
Plażowanie trwało mniej więcej do 13:00, bo musieliśmy wracać – wszak miało być siano zbierane po południu, a jeszcze trzeba ciągnik wziąć od Pana K, po paliwo pojechać, dać dzieciom coś do zjedzenia. Mało czasu!

Przyjechał jeszcze P. – tata Mikołaja – zajął się rozpalaniem grilla – tym razem sukces. Dzieci się najadły i zaczęliśmy czekać. Pan K. miał być o 15:00. Nic się nie dzieje, piętnasta mija – nikogo nie ma. Czekamy. Zdychając z gorąca w cieniu pod orzechem w ogrodzie. O 16:00 przyszedł B.:
– Dobra, dzwoń do nich, niech przyjeżdżają, bo zimniej to już nie będzie a tak będziemy czekać i czekać! Daj grabie, to pójdę na łąkę, od rowu i od drogi poodgarniam. Dzwoń, niech przyjeżdżają! Bo to nie ma co czekać!

Wziął grabie i poszedł. Zadzwoniłem do Pana K – zaraz jadą, skoro B zarządził. Zadzwoniłem do M – nie odbiera. Kiepsko, bo miał zwijać siano na wałki, a istniało podejrzenie, że jakaś flacha została już od rana rozpracowana i nic z jego zwijania nie będzie… Skucha, bo sprytnie mu to idzie. Zawinie raz i drugi dookoła i równe wałki gotowe. A ja jeżdżę po łące jak desperat i nigdy mi się nie udaje tak, żeby wszystko ładnie się układało. No nic, jak nie odbiera, to pewnie zapił i jednak będę musiał się wysilić. Trudno. Wziąłem kompresor do samochodu – zgrabiarka stała na łące, najprawdopodobniej na kapciu w jednym kole, bo jakoś powietrze miało ostatnimi czasy zwyczaj uchodzić. Podjechałem – niespodzianka! Powietrze jest. I dobrze. Stwierdziłem, że podjadę do M, skoro już tam jestem. Kolejna niespodzianka. M stoi mocno na nogach i w zasadzie już jedzie zwijać – Świetnie. Wróciłem do domu, poprzebieraliśmy się, pozbieraliśmy widły, zapakowaliśmy dzieci do kabiny ciągnika i jazda na łąkę. A i P podawali, B układał kostki, Pan K prasował, M zwijał na wałki, mnie przypadła przyjemność podróżowania za kierownicą kilkutonowego potwora, z trójką dzieci radośnie trajkoczących mi za plecami. Otworzyliśmy drzwi, otworzyliśmy boczne okna, otworzyliśmy dach i zrobiło się nieco przewiewniej. Chłodniej się nie zrobiło, bo w cieniu było ponad 30ºC, więc na łące, w pełnym słońcu, w kabinie ciągnika generalnie był piekarnik. Dzieci – twarde. Cała trójka czerwona na paszczach, spocona, ale będzie jeździć dalej, bo jest świetnie. (Po naszemu, czyli zdaniem dorosłych, było tak na granicy przegrzania, ale trudno. Zobaczymy jak się sytuacja będzie rozwijać. Wodę dzieci do picia miały i miały przykazane, żeby dużo pić. Piły. Z wrażenia i wakacyjnych emocji w zasadzie byli posłuszni, co znacznie ułatwiło pracę.
Musiała się oczywiście pojawić drobna skucha – niedziela, sklepy zamknięte, sznurka w prasie mało, a my zapomnieliśmy kupić zapasowy. Ania wsiadła w samochód i pojechała pukać do drzwi właścicieli zamkniętych sklepów. Chwilę to trwało, w końcu sznurek pożyczyła od sąsiada. Można działać dalej. Po zapakowaniu pierwszej przyczepy P. musiał się zwijać do Warszawy. Siostra stwierdziła, że mam jej pokazać, jak się jeździ ciągnikiem, bo ma za krótkie ręce, żeby kostki widłami na kolejną warstwę na przyczepę podawać, to będzie podjeżdżała. Doskonale! Wolę widły!

Rozpakowaliśmy pierwszą partię siana, posiedzieliśmy, pogadaliśmy, wypiliśmy piwo, pojechliśmy znowu do piekła na łące. Siostra podjeżdżała ciągnikiem, Ania i M. układali na lawecie, a my, z B. podawaliśmy kostki.

Kiedy przyjechaliśmy na podwórko z drugą lawetą siana, okazało się, że właśnie prasa przestała wiązać kostki. Siedzieliśmy w cieniu, pijąc zimne piwo i słuchając. Naprawił? Rusza? Nie rusza? Jedzie… nie zatrzymał się. Czyli nie działa. No, to dupa. Przyszedł Pan K. i… jeszcze jakiś człowiek, którego pierwszy raz na oczy widziałem. Przyszedł, to przyszedł.

– Dzień dobry!
– Dzień dobry!

Usiadł, wyjął papierosy, zapalił i zaczął gadać. On zna Anię i mnie – my go nie… No, ale skoro przyszedł i zna całą resztę ekipy, to co mi szkodzi.

– Piwa? (siedzieliśmy wszyscy z otwartymi butelkami w garści, to jak nie zapytać?)
A, to przynieś, jak masz.

No jak mogę nie mieć, jak ludzie do siana przychodzą?

Pan K. postanowił jechać z prasą do kolejnego sąsiada:
– On to zaraz zrobi! Oni sprytni w tym są.

Pojechał. Dopilim, dopalilim, bierzem się –  trzeba to zwalić! No to jazda. Człowiek-mi-nieznany łapie za widły i pomaga. No bardzo chętnie, każde ręce się przydadzą. Siostra układała pod dachem.
– To ta Pani z miasta i tak kostki umie układać? – skomentował Człowiek-mi-nieznany.

Zrzuciliśmy i wrócił Pan K. To jedziemy i zbieramy dalej. Znowu dzieci w ciągniku, Siostra podjeżdża, Ania i M. układają na przyczepie, B. podgrabia, Człowiek-mi-nieznany i ja – na dole, z widłami. Sprawnie szło. Kolejna partia siana przyjechała na podwórko. Dopchaliśmy stodołę pod dach. Siostra znowu układała, reszta podawała do góry, pod rękę. Dzielna siostra! Przecież pod nagrzanym w słońcu dachem jest gorzej, niż w saunie. I jeszcze trzeba kostki dźwigać, ze zgarbionym grzbietem, balansując na niższych warstwach, a nie – jak w saunie – leżeć plackiem.

IMG_4108W tym wszystkim – dzieci. One koniecznie muszą na łąkę jechać na lawecie, po łące – w ciągniku, a potem jeszcze wleźć na ułożone siano, uprzednio poprzeszkadzawszy na lawecie, pod widłami, jak akurat zrzucane było. No, ale to w końcu dzieci i mają wakacje, prawda? Mikołaj, w jakimś momencie stwierdził, że:

po pierwsze – na łąkę, na przyczepie, jedzie koło B.
po wtóre – on będzie razem z B. układał kostki…

No bardzo proszę. Pozwoliła mu mu rodzicielka przymierzyć się do kostki siana, B., oparty o widły z anielską cierpliwością czekał, aż dzieciak się przekona, że nie jest w stanie ruszyć kostki z miejsca. Wiem, z ciągnika wyglądało lekko i przyjemnie: O, jak mama i tata fajnie szybko rzucają tymi kostkami! Ale super! Wujo, jedź szybciej! Tak im dobrze idzie! – komentował Mikołaj na gorąco, przy zbieraniu pierwszej przyczepy.

Trochę się chłopaczyna zdziwił, jak się okazało, że te kostki takie znowu lekkie nie są i trzeba się trochę przyłożyć, żeby fruwały z łąki na przyczepę…

Gdzieś w tym wszystkich – chyba zanim rozpakowaliśmy trzecią przyczepę – na podwórko przyszła Esme z talerzem kanapek. Dzielne dziecko samo je wymyśliło i samo zrobiło. Przyszła wszystkich poczęstować. Zrobiła kanapki z wędzonym, bałtyckim łososiem i fetą. Bardzo były dobre! Siostra poszła kąpać Mikołaja i Esterkę, a cała reszta pojechała po ostatnie kostki – wyszła niepełna, czwarta laweta.

Skończyliśmy rozładowywać ostatnią porcję po 22:00. Wreszcie było trochę chłodniej. Esme była bardzo rozczarowana, że wszyscy chcą jechać do domu i nikt nie przyjdzie do domu jeść, chociaż z mamą już wszystko przygotowały…
– Bo wszyscy tak ciężko pracowali i na pewno są głodni i trzeba ich nakarmić, a oni nie chcą przyjść…
Kochane dziecko.

Jeszcze po raz kolejny przeczytałem Esme – Esterka dawno już spała – „Jak mały Findus się zgubił” i poszliśmy spać.

Rano dziewczynki spały prawie do 10:00. W końcu są wakacje, prawda?

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s