taki rodzaj sytuacji…

Generalnie niefajny dzień.

Rano Dziecko Starsze nie chce się obudzić, żeby iść do szkoły. Też bym nie chciał zaczynać lekcji o 7:30. Niech śpi!

A co tam.

Pierwszy telefon do Ani 7:25 „Na 10:00 trzeba przyjechać do krowy do inseminacji„. Świetnie. Są klienci, są pieniądze. Nie można SMS wysłać? Wszyscy muszą wstawać codziennie o 5:00?

Umówione.

7:30 Ania zdążyła powiedzieć, że bank pewnie i tak się przed 10:00 nie ogarnie. Ogarnęli się. Telefon z banku – 7:40. Na 10:00 zapraszają.

Doskonale.

Potem jazda: bank, ubezpieczalnia w Nasielsku (karteczka zaraz wracam i numer telefonu), bank w Nasielsku, ubezpieczalnia (nadal „zaraz wracam”, telefon – będę za 20 minut). Nie, to jednak pojedziemy dalej, nie będziemy czekać, wrócimy.

Pułtusk i urząd skarbowy – 30 minut czekania w kolejce, żeby się dowiedzieć, że druk się zmienił i trzeba przepisać… pies ich ganiał – mamy 14 dni. Sąd – tak, wszystko w porządku, kasa na pierwszym piętrze, potem proszę wrócić.

Załatwione.

To jeszcze do banku tutaj podjedziemy…” (Ania). Bardzo proszę. Podjechalim. Zaparkowalim. Blisko. Szybko pójdzie.  Oczywiście. Pół godziny. Dziewczynki demoluja samochód, poza samochodem słońce pali. Ja palę. Za dużo.

Wytrzymamy.

Jakaś pani spektakularnie prawie rozwaliła swoją srebrną corsą wściekle zielone cinquecento, czy seicento (a może to był matiz?). Kiedy wysiadała, jej pasażerka – córka? – popatrzyła dookoła i powiedziała: „Nie mam pojęcia, jak stąd wyjedziesz!„. „No łatwiej, niż ja” – pomyślałem. Zatarasowała tą swoją srebrną cudownością przejazd – wyjeżdżałem mijając się z nią i samochodem z przeciwnej strony… przejazdu – tak to ujmijmy – na grubość lakieru. Chyba pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się używać czujnika parkowania w postaci żywej osoby – Ania wysiadła i patrzyła, czy jeszcze jest miejsce i ile mam milimetrów. Nie, nie jestem szczególnie do samochodów przywiązany, nie mają samochody nasze nieskazitelnego lakieru i nie są zawsze czyste – tak w środku, jak i na zewnątrz. Mam, natomiast, niejasne podejrzenia, że inna ludność do swoich samochodów jest przywiązana i jak im się te ich samochody poobija na parkingu, to mogą się awanturować. Generalnie mam gdzieś, że się będą awanturowali, ale jednak to tak się nie robi. Chociaż…

Kiedyś, na targu w Nasielsku, jakiś miły pan, niezbyt chyba wprawny w manewrowaniu samochodem, był uprzejmy obetrzeć mi błotnik, usiłując wyjechać z ciasnego parkingu. Stałem trzy metry dalej… Pan pojechał, nawet nie zwróciwszy uwagi, że trafił mi lewy przód. Nie, nie goniłem go. Nic się nie stało, to tylko samochód. Nie rozbity, błota mi trochę ze zderzaka zdrapał. Tak, przepraszam. To pewnie nieodpowiedzialne, że go nie goniłem, choć pewnie powinienem był – przecież mi podrapał zderzak! Przepraszam.

Ad rem.

Pojechaliśmy z powrotem do Nasielska, załatwiliśmy co trzeba było w ubezpieczalni i zdążyliśmy do banku w Świerczach. W zasadzie się udało.

Po powrocie do domu zaczęliśmy robić obiad.

Zaczęli przyjeżdżać kolejni pacjenci.

Ania poszła schować konie.

I tu, tak na prawdę, zaczyna się to, co chcę zapamiętać. Długo Ania te konie chowała, miałem właśnie zacząć czytać Dziewczynkom książkę. Telefon – Ania…

Bo konie zerwały pastucha, wróciły do stajni wszystkie, oprócz Amira, bo ten zerwany pastuch gdzieś leży i on się boi przejść. Może przyjdziesz i go przekonasz? Przecież to twój koń!

Przyjdę, oczywiście, że przyjdę. Przeprosiłem dziewczynki – tu ukłony dla czytających to pracowników opieki społecznej czy czego tam innego kolwiek – i wyszedłem z domu, na łąki, po Amira.

Chwilę to trwało. Koń był już mokry z nerwów, kłusował to tu, to tam, prychał. Udało się w świetle latarek w telefonach znaleźć, gdzie ten zerwany drut leży, udało się go na bok (Ani się udało) odciągnąć. Koń dalej nie wierzył i nie chciał przejść przez linię, gdzie leżał zerwany pastuch. Żeby było dramatyczniej, na horyzoncie błyskało (ciemno było od mniej więcej pół godziny). Pies Szczur przeszkadzał, jak tylko umiał. „To taki dobry pies do zaganiania!” – według sąsiadów. Dobry. Tylko kto go prosił, żeby konia zaganiać w przeciwnym kierunku?

W jakimś momencie udało mi się podejść do Amira tak, żeby położyć mu dłoń na szyi, z lewej strony. Trochę zwolnił, choć dalej szedł nieufny. Przeszliśmy wzdłuż stojącego ogrodzenia, podeszliśmy do miejsca, gdzie leżał przedtem zerwany drut od pastucha. Amir zaczął się znowu napinać, zwalniać, prychać. Ale… poszedł ze mną. Poszedł, z moją ręką na szyi. Zaufał. Tylko się opierałem i gadałem do niego. Bez kantara, bez uwiązu.

Poszedł.

Prychał, napinał się, ale poszedł. Przeszliśmy do sadu, uznał, że już jest całkiem bezpiecznie i pogalopował do reszty koni.

Prawie się poryczałem. Znam tego konia od 1997 roku.

Burza dalej mruczy dookoła.

Dobranoc.

P.S.

Jak wróciłem, Dziewczynki już spały, więc z czytania książki nici… Przepraszam.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, konie i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s