było pomyśleć!

Tak to jest, jak człowiek wywalając gnój od koni myśli o tym, że może miałby ochotę coś napisać, ale tak o prozaicznym wyrzucaniu gnoju? Nad czym się tu rozwodzić. Wywalaliśmy z M we dwóch. Trochę towaru było – konie dopiero niedawno zaczęły na noc wracać do stajni, ale na wiosnę, jak poszły na pastwiska, to gnój w boksach został. Uzbierało się. Nie, żeby konie zaraz miały górą przez drzwi wypadać, ale ładna warstwa już była, dobrze przeleżała i przez konie przedeptana. Sama przyjemność. Pierwsza partia pojechała na łąkę za rowem. Musiałem otworzyć bramę i porozpinać pastuchy. między kwaterami i na mostku nad rowem. No żaden wyczyn. Kiedy M. pojechał z drugim rozrzutnikiem nawozu na łąkę na górze, przy domu, poszedłem i pozapinałem wszystko, żeby był porządek. Zamknąłem bramę. Konie były cały czas zamknięte na padoku koło drogi.

Kiedy M. wrócił, postanowiliśmy zebrać trochę błota za stajnią, żeby ciągnik się nie ślizgał, jak się słomę przywozi. To wymagało otwarcia pastucha, który zatrzymywał konie na padoku. Nie ma problemu – przecież wszystko pozamykałem, niech idą szukać resztek trawy na pastwiskach na dole. Bardzo proszę. M. jeszcze dopytywał, czy na pewno pozamykałem. No jasne, przecież jakbym nie pozamykał i poszłyby gdzieś w świat, to byłby znowu kłopot, jak za każdym razem, kiedy uciekną (a dawno nie uciekały…)

Zebraliśmy błoto, zebraliśmy zgniłą słomę, którą za stajnię wywaliłem, M. przejechał ciągnikiem na podwórko i od podwórka cofnął rozrzutnikiem do stajni – zawsze tak robimy. Wrota z tyłu zostały otwarte – po co zamykać, skoro konie poszły na dół i nie ładują się przeszkadzać w środku?

Sprzątnęliśmy ostatni boks, towar na łąkę, jeszcze tylko dwie bele słomy przywieziemy do stajni i będzie po robocie. Małe 4 godziny i załatwione.
Chodź na łąkę, to pomożesz oczyścić rozrzutnik. Szpadel wziąłem.

Jasne, idę. Może jeszcze wrota przymknę? Nie, potem, M. mi pomoże, bo samemu ciężko się z tym szarpać. Tak, potem. I słomę wygodniej od podwórka wstawić. Zdecydowanie potem się zamknie.

mgłaPoszedłem na łąkę, poczekałem, zdjęcie zrobiłem – od południa siadała bardzo malownicza mgła. Zielona łąka i szarość nad nią. Świat kończy się tam, gdzie łąka zaczyna opadać.

M. wywalił, co było do wywalenia, stoimy i czyścimy sprzęt. Sznurków się naplątało… Skąd w zasadzie? Przecież ścieląc bardzo starannie wszystkie sznurki się wybiera, żeby bydlun jakiś nie zażarł i żeby problemu nie było. No nic – się naplątały, to trzeba poodcinać i pozdejmować.

Psy szczekają. Ale o co cho? Tupie coś. Koń? Gniady? Pani Sz. znowu w konia jeździ?.. Kurwa! To nasze konie! Nie zamknąłem wrót od stajni. Żadnych nie zamknąłem – ani tych z tyłu, od pastwisk i padoku, ani tych na podwórko. No to wyszły. Weszły do stajni, przeszły i poszły. Było pomyśleć! Jestem idiotą. Nie zamknąłem, kurwa, to poszły! W mgłę i zapadający zmrok. Doskonale.

Ruszyłem za nimi – po co? – w stronę domu sąsiadów na przeciwko (300 m drogi między polami). Zniknęły we mgle.

Skręciły na Jackowo! Widziałem – krzyknął M.

No dobra. Pójdę na Jackowo – po co? I tak ich przecież, dziadów, nie dogonię. No nic. Pójdę. Poszedłem, wydawało mi się nawet, że gdzieś tętent słyszę. Widzieć to za dużo nie widziałem – po 17:00, zaraz będzie ciemno, mgła i widoczność 5 m. Doskonale! Poszedłem kawałek – może z kilometr – nic. Psy nigdzie nie szczekają, to chyba nie ma sensu iśc i pytać, czy konie do podwórka sąsiadom nie wpadły…

Wróciłem. Przywieźliśmy słomę, M. pojechał.

– Jakbyś je znalazł i miał kłopot, żeby sprowadzić, to dzwoń do wuja. Przyjedziemy i pomożemy.
– Dzięki!

Wsiadłem w samochód i pojechałem szukać – nie wiem czego bardziej – koni, czy drogi we mgle. No nic, nic, nic nie było widać. Żadne przeciwmgielne (czy, jak niektórzy wolą, przeciwmgłowe) światła nic nie pomagały. Asfalt znalazłem, jak na niego wjechałem z naszej szutrowej drogi.  Rewelacyjna jazda, na dwójce. Człowiek zgaduje, gdzie jest. Nagle świat wygląda inaczej. Nagle zauważa się budynki, koło których przejeżdża się w zasadzie codziennie, w ogóle ich nie zauważając. A we mgle wyglądają zupełnie inaczej. Nabierają nowej jakości. Tu był ten płot, czy właśnie postawili nowy? Hmm. Popatrzę jutro, jak będzie widać więcej. Gapienie się w drogę przed sobą nie miało najmniejszego sensu, skoro widać było tylko białą ścianę i snopy światła. Jeździłem, zwiedzałem, szukałem koni… Oczywiście bez skutku, bo co niby mogłem zobaczyć? Mogły, cholery, stać tuż obok drogi – i tak bym ich nie zobaczył, ani nie usłyszał, przy pracującym silniku.

Wróciłem do domu, po pierwszej rundce, Ania stała na drodze gwiżdżąc i wołając. Bez skutku. Pojechałem na rundkę drugą. Koni nie wytropiłem.

Przyjechali IiAB – po drodze szukali, świecili – ile się dało w tej mgle. Koni nie ma. Poszedłem jeszcze nasłuchiwać, w stronę w którą teoretycznie pobiegły. Nic. No szczekały psy gdzieś we mgle, to może konie tam łażą? Nagwizdałem się, napotykałem i tyle. Koni nie ma.

Przypomniała mi się opowieść mojej siostry o jakimś stajennym, który ze stoickim spokojem nic nie robił, jak konie uciekły. A usiłujące zorganizować poszukiwawczą wyprawę osoby skwitował:

– Jak są mądre, to wrócą, a głupich koni nie warto szukać.

Postanowiłem założyć, że miał rację.  Trochę głupio, że dwa nie nasze… No ale gdzie w tej mgle, po nocy jeździć czy biegać? Cholera szlag!

Wymyśliliśmy jeszcze pijąc z IiAB herbatę, że może konie wcale daleko nie poszły i są w sadzie na przeciwko… Polazłem, znowu się nagwizdałem. Włączyłem latarkę w telefonie i postanowiłem szukać śladów w zasianym polu – przecież po pięciu galopujących po wilgotnej ziemi koniach powinna zostać solidna transzeja. Znalazłem jakieś ślady, potem ślady wracające, biegnące gdzie indziej, niż wydawało nam się, że konie pobiegły. Poszedłem, tropiłem… po jakimś czasie łosia, nie konie, tropiłem – się okazało. Wróciłem do domu.

Ania nie wytrzymała. Wsiadła w samochód z IiAB i pojechali w noc. Zostałem z dziewczynkami w domu uznając, że szukanie nie ma sensu – wrócą same, albo ktoś zadzwoni, jak mgła się podniesie, zrobi się jasno i konie zauważy.

Sukces! Ania zadzwoniła do JŻ – powiedział, że wsiądzie w ciągnik i pojedzie szukać od swojej strony. Znalazł! Porwane pastuchy i powyrywane kołki od pastuchów. Konie też się znalazły – na łąkach, pod lasem. Na widok świateł ciągnika poszły w galop. No oczywiście. Ania zadzwoniła, że konie zlokalizowane i jadą je zabrać.

Ubrałem się, dziewczynki oglądały jakiś film,  i poszedłem na podwórko, jakby mieli wracać. Zamknąłem bramę na łąki, zamknąłem tylne wrota od stajni, przyniosłem siano, porozcinałem sznurki w balotach i… zaczęły szczekać psy. Na podwórko wbiegł kłusem Heniek. No bardzo dobrze! Zagwizdałem, przyszedł do stajni, zakręcił się i nie stwierdziwszy obecności reszty towarzystwa postanowił się oddalić. Tym razem byłem szybszy. Nie wybiegł przez bramę. Zagoniłem go z powrotem. W prawdzie wszedł do boksu Dumkii, ale dobre i to. Kantar na szyję i już był, gdzie być powinien. A gdzie reszta?

–  Biegają! Jak wściekłe, pod lasem, na łące – to Ania przez telefon zeznała – usiłujemy je złapać, już prawie je mieliśmy!

Prawie… No nic, Heniek w stajni, reszta też wróci. Chyba. Raczej. No raczej chyba wróci?Siedziałem na drodze, przed bramą, żeby nie było, że któryś zapomni skręcić, jakby luzem wracały. Nie wracały – no dobra, Intendent i Dumka luzem, Judym prowadzony przez JŻ a Amir przez Anię.

powrotyUdało się. Po nerwach. Nawet już zdążyły wyschnąć i wcale nie były bardzo spragnione…

W międzyczasie mgła się podniosła – wiem, bo jeszcze tuż przed 21:00 jeździłem do Świerkowa.

Bolą mnie plecy. Idę leżeć w wannie. Należy mi się, a co!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s