jak w zegarku

Nieczęsto zdarzają nam się takie poranki, a szkoda. Dzisiaj wszystko szło perfekcyjnie wręcz.

Budzik zaczął się wydzierać o 6:00. Sam go tak nastawiłem, Esme zaczyna lekcje o 7:30 – tak, barbarzyńska pora, ale co poradzić? Jeszcze 8 minut drzemki – budzik wydziera się znowu. Wstajemy. Szlafrok, do kuchni, zapalić gaz pod czajnikiem, odsunąć fajerki, – resztka żaru z noc została. Papier – stare klasówki, a co! – kilka deseczek – czekały koło kuchni… pali się.

Psy wywalić na podwórko, żeby się nie plątały pod nogami.

Do pokoju. Od drzwi radosne, choć bez większej nadziei Pobudka wstać!  i… Esme podnosi rękę wysoko w górę, Estera siada uśmiechnięta, wyprostowana na łóżku: Tato! Obudziłam się jak wojskowy! Trudno się z nią nie zgodzić.

Czajnik zaczyna gwizdać. Do kuchni, kubki z kredensu, do dwóch esencja, kakao i kawa do kolejnych dwóch. Pod kuchnią się dobrze rozpaliło – cztery kromki bułki na płytę, kubki z herbatą/kakao/kawą do sypialni. Ania pilnuje dziewczynek, żeby się ubrały.

Do kuchni, zrobić Esme kanapki do szkoły.
– Ile chcesz?
– Trzy!
Bardzo proszę. Zrobione. Spakowane (Ania spakowała).

Umyć i pokroić dwa pomidory, bułki na płycie na drugą stronę, pomidory polać oliwą i octem balsamicznym, bułki natrzeć rozkrojonym czosnkiem. Dziewczynki, już ubrane, podają talerzyki i kładą sztućce na stole. Grzanki na talerze, na wierzch pomidory, wszystko na stół. Pierwszy raz udało nam się zrobić dzieciom śniadanie przed wyjściem do szkoły, czy innego przedszkola. 6:35 Dobry czas.

Prysznic.
Stanie rano pod gorącą wodą, lejącą się z prysznica jest dużą przyjemnością… Zwłaszcza, jeśli stojąc pod tym prysznicem można równocześnie gapić się przez okno na – w tym wypadku jesienny – krajobraz. Tak, to bardzo miłe. Perspektywa gorącego prysznica z krajobrazem w tle umila trochę wyłażenie spod kołdry. Zwłaszcza jesienią i zimą. Jakoś wiosną i latem , człowiek nie ma takich oporów przed wstawaniem z łóżka. I jakby później kładzie się spać… Hmmm.

Powrót do rzeczywistości. Ubrać się, łeb wysuszyć, herbatę dopić. Dziewczynki zjadły.
– Myć zęby i proszę się uczesać!
– Tato, zrobisz mi kucyka? Takiego na czubku głowy?
No zrobię, czemu miałbym nie zrobić?
6:50

Kucyki zrobione. 6:55
– Wychodzimy o 7:00, więc proponuję wkładać buty i kurtki.

O dziwo i tym razem – podobnie jak przy ubieraniu się – obyło się bez marudzenia i płaczu. Dziwne w sumie, jak tak teraz się zastanawiam…

Wyszliśmy. Psy plączą się pod nogami. Dzieci do samochodu, pozapinać, silnik odpalić, żeby się Citroen zaczął podnosić, bramę otworzyć – tak, cały czas ani nie zreperowałem, ani nie wymieniłem jednego siłownika, więc mamy bramę półautomatyczną, czyli jedno skrzydło otwiera się pilotem, drugie zupełnie ręcznie. Całość łączy się na noc sznurkiem (nie, nie takim od prasy, linka zieloną, porządną, elegancko!).

Ruszamy, w radio serwis informacyjny i nagle, tuż przed maską przebiega nam Deser. Brakowało centymetrów, żebym go trafił samochodem. Szczura (gryzonia takiego, nie psa Szczura) zobaczył i postanowił go dopaść w trzech susach. Z sukcesem. Niezły jest, skubaniec, trzeba przyznać.

7:10 byliśmy pod szkołą w Nasielsku. Wysadziłem Esme na parkingu i pojechaliśmy z Esterką do przedszkola. Była trzecim dzieckiem, które przyszło od rana.

W domu byłem o 7:30. Zaniosłem koniom siano na padok, żeby je potem wypuścić, zaniosłem siano kozom.

A potem dzień popłynął leniwie, acz pracowicie.
Wypiliśmy herbatę, poszliśmy puścić konie; wydrukowaliśmy dla Ani papiery do podpisania przez gospodarzy, przy okazji pobierania krwi od świń; dopracowaliśmy kwestie kalendarza Google, żebyśmy oboje widzieli, co widzieć powinniśmy, bez  zmuszania mnie do rezygnacji z iCal, którego używam. Ania pojechała zkrwawiać świnie…

…przepraszam, ale właśnie odkryłem, że mój laptop, podłączony do zasilacza, kiedy pisząc suwam dłońmi po aluminiowej obudowie, wydaje dźwięki, jakie zwykle zarezerwowane są dla mieczy świetlnych z Gwiezdnych Wojen. O, przestał. Zastanawiające…

…Wyprodukowałem krótki film instruktażowy, co to w sierpniu w szkole obiecałem, że będę produkował. Pozmieniałem w internecie godziny pracy gabinetu, pojechałem zamówić tabliczki z nowymi godzinami – musiałem chwilę poczekać, bo jak raz obsługiwana była siedemnastowieczna figurka Matki Boskiej. No poczekałem, żaden problem.

Pojechałem do dzieci do szkoły i przedszkola, wróciłem, sąsiad przyjechał i słomę nam do stajni przewiózł ze stogu. Schowałem konie i wróciłem na obiad. 16:50. Po obiedzie jeszcze poszliśmy koniom pościelić, zasianić konie*, dopoić i nastało kompletne już lenistwo.

Życzyłbym sobie więcej tak sprawnych poranków i tak owocnych, choć nie nazbyt męczących dni.

Ania jeszcze skrwawia jakąś świnię i inseminuje krowy oraz poród – zdaje się – wywołuje, czy może już odbiera?..

Idę wykąpać dziewczynki – strasznie aktualnie fałszują, śpiewając do nieszczęsnego, plastikowego mikrofonu: Muminki! Muminki! Muminki, bo to nie głupole, Muminki, wcale nie głupole! a Estera wykrzykuje: C! G! C! D!  To chyba skutki uboczne naszego hałasowania na instrumentach 11 listopada…(choć Muminków akurat nie śpiewaliśmy) Nic, idę je kąpać, bo już dłużej tej pieśni nie zniesę!

Dobranoc.

*nie pamiętam, kto i kiedy wymyślił to określenie, dawno to było, w każdym bądź razie… Zostało nam.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, psy i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s