obrządek

Co wieczór wygląda to tak samo. Trzeba pójść do stajni, pościelić koniom, dać siano, nalać wody, konie schować.

Od jakiegoś czasu – połowa października – Dziewczynki chodzą z nami. Zaczęło się, kiedy Ani przez tydzień nie było i musiałem mieć je na oku, jednocześnie robiąc w stajni co jest do zrobienia. Zaczęły chodzić ze mną. Wszystko działało w zasadzie bez większych problemów. Dzieci szły, pomagały – nalewały wodę, rozcinały kostki z sianem, wracaliśmy. Dzieci jadły kolację, szły spać, a kiedy zasnęły, szedłem – już tylko w towarzystwie psów małych – dopoić konie.

Teraz też w zasadzie wszystko działa bez zarzutu, doszedł tylko pewien element szaleństwa. Zaczyna się w momencie kiedy Ania albo ja rzucimy hasło:
– Dziewczynki, proszę się ubierać. Idziemy do stajni.

Dziewczynki ruszają w stronę drzwi, zwykle jakimś dzikim galopem. Zaraz za nimi ruszają Szczur z Focke Wulfem, wskakując na siebie, podgryzając się, warcząc i generalnie kitłasząc na podłodze, najlepiej pod nogami Dziewczynek. Któraś się o psa przewraca, któraś krzyczy:

– Gdzie są moje buty?
– A gdzie je zostawiłaś?
– …
– No gdzie je zdejmowałaś? Poszukaj może.
– Ale ich nie ma.
– Szukałaś?
– Nie…
– To poszukaj. Ja swoje jakoś bez problemu znalazłem. Znalazłaś? To może się odwróć, są za tobą, pod fotelem. Czy możesz je wreszcie włożyć?
– Gdzie moja kurtka?..

Szczur i Focke kitłaszą się dalej, dalej plącząc się w Dziewczynki. Kreska – małe, jazgotliwa, ruda pokraka – zaczyna biegać wokół kłębowiska psów i dzieci, piskliwie poszczekując. Mnie już zaczyna boleć głowa i zaczynam mieć zdarte gardło, od prób zaprowadzenia jakiego takiego porządku, przy pomocy fali dzwiękowej o odpowiedniej mocy. Udało się. Ubrani. Któraś z Dziewczynek łapie za klamkę i otwiera drzwi do sieni. W tym momencie psy małe, kłębiące się do tej pory na podłodze usiłują wybiec z domu, zderzając się z psami dużymi (Deser, Hela i Truskawka) wpadającymi szturmem na izbę. Trzeba wzmóc fale dźwiękowe, zaczyna rezonować gitara i miedziana patelnia, choć AB twierdzi, że to kryształy na kredensie wpadają w rezonans, co jest oczywista nieprawdą. Gitara i patelnia.

W końcu udaje się wszystkie psy wygnać do sieni, tam odłowić te duże, żeby zostały a te małe – wypuścić na podwórko.  Gdyby wypuścić psy duże, z całą pewnością za chwilę pojawiłby się jakiś rowerzysta, którego zaraz musiałyby pogonić i prawdopodobnie zdjąć z roweru. Taka zabawa, co im zrobić?

Na trzech schodkach przed domem, tuż za drzwiami, kiedy w zasadzie wszystko dobrze już idzie, kolejny stały element – Szczur zatrzymuje się w poprzek, potyka się o niego Focke i spada niżej, Kreska jazgocze na podwórku, Szczur rzuca się na karmę, stojącą koło schodów, w worku. Na Szczurze zatrzymują się Dziewczynki, ja muszę się trzymać klamki zamkniętych za sobą drzwi, żeby nie polecieć ze schodów na pysk, uprzednio potknąwszy się o Dzieci i psy.

Udało się. Idziemy do stajni – 50 kroków przez podwórko.

Dzieci nie mogą iść, musza podskakiwać, podbiegać, machać rękoma i pokrzykiwać, albo jeszcze lepiej, wydawać nieartykułowane dźwięki, co – wszystko razem – jeszcze bardziej nakręca psy. Kreska jazgocze, Szczur kłębi się z Focke Wulfem. Czasem któreś dziecko potyka się o któregoś psa i wpada w błoto. Wtedy możliwe są dwa scenariusze – dziecko zaczyna płakać, że się przewróciło Mówiłem, żeby iść normalnie i spokojnie, prawda? Mówiłem? Posłuchałaś? Wstań i idziemy. Nic Ci nie jest. Nic Ci nie jest! – albo dziecko upadłe zaczyna się bawić, dalej leżąc w błocie, ze skaczącymi po nim, już dobrze ubłoconymi psami. W każdym przypadku, dziecko trzeba ustawić do pionu i skierować na właściwą drogę.

Po dotarciu do stajni i wejściu do środka – w drzwiach trzeba uważać na psy, które oczywiście muszą wejść pierwsze – trzeba pootwierać boksy. Psy zaczynają polować na szczury, buchtując w słomie w boksach.

Dzieci zwykle się uspokajają. Otwierają boksy, biorą wąż i zaczynają dolewać koniom wodę, czasem SIĘ polewać udając, ze nie mogą trafić wodą do wiadra. Czasem się nie uspakajają i zaczynają, razem z psami, biegać wszędzie, najlepiej wspinając się na ściany boksów, albo słomę, czy inne siano. I psy i dzieci potykają się przy tym o wiadra, widły, grabie i cokolwiek jeszcze potencjalnie nadaje się w stajni do potknięcia się o. Znowu – jeśli dzieci akurat orbitują, zamiast pomagać – trzeba użyć fali dźwiękowej. W końcu dzieci zaczynaja pomagać, czyli… otwierają boksy, biorą wąż i zaczynają dolewać koniom wodę, czasem SIĘ polewać udając, ze nie mogą trafić wodą do wiadra.

Jeżeli w drodze do stajni nie wzięliśmy z sianiarni siana, trzeba po nie pójść i przynieść 4 kostki (to dwa kursy, jak wiadomo).

W międzyczasie, słysząc krzątaninę, w swoim boksie w stajni, zaczyna szczekać Pan Pikuś. Szczeka tak, jak każdy jazgotliwy owczarek niemiecki – czy, w każdym bądź razie, owczarkowaty pies. Pikusiowi trzeba wsypać żarcie do miski (wiadra raczej), żeby się zamknął i przestał ogłuszać. Można go również wypuścić z boksu i wtedy albo zacznie się plątać pod nogami, albo ujadać na każdego, kto trzyma w ręku narzędzie z długim trzonkiem. Podpowiem, że wszystkie w zasadzie narzędzia używane w stajni do ścielenia i rozdawania siana, mają długie trzonki.

Same czynności stajenne, wykonywane przez dwie osoby dorosłe, trwają mniej więcej 15 minut. W asyście dzieci – około pół godziny, ale przecież dzieci muszą wiedzieć, że niektóre rzeczy zwyczajnie trzeba zrobić codziennie, o w miarę stałej porze, nawet, jeśli pogoda jest paskudna i człowiekowi wcale nie chce się z domu wychodzić.

Jeżeli jest już późno, trzeba jeszcze zawołać konie – na szczęście przychodzą na gwizd – i pozamykać je w boksach. Psy oczywiści przeszkadzają jak mogą – szczekają, usiłują podgryźć konie w pęciny i generalnie zaganiają w kierunku przeciwnym. Znowu odpowiednia fala dźwiękowa i w końcu się udaje. Zamknąć wrota, zgasić światło.

Jeżeli jest ciemno, Dziewczynki koniecznie muszą się pobawić w chowanego. Znowu rozbiegają się po całym podwórku. Tupią, piszczą i… szukają się, bo mają olbrzymią łatwość włażenia w różne ciemne zakamarki i chowania w ciemnych zakamarkach stodoły. Szukają, znajdują się, tak ze dwa, trzy razy i można  wracać do domu. To zajmuje kolejnych 5 minut, bo przecież nie można pójść najkrótszą drogą, skoro rodzice o to właśnie proszą, prawda?

Jeszcze przebrnąć przez sień – nie wypuścić psów dużych, zawołać i wpuścić te małe. Dzieci i psy małe wpuścić na izbę, nie wpuszczając psów dużych, wejść samemu. Jeszcze raz się udało.

Dzieci znowu rozrzucają kurtki i buty w losowo wybranych miejscach, żeby następnego dnia móc powtórzyć rytuał z ich szukaniem i niemożnością znalezienia. W międzyczasie psy ładują się na łóżka, przy czym czas jakiego potrzebują żeby to zrobić jest tym krótszy, im bardziej są ubłocone.

Potem jeszcze tylko późnym wieczorem pójść dopoić konie i po sprawie. Następnego dnia powtórzymy wszystko od początku. Muszą być stałe elementy, rytuały. To daje dzieciom poczucie bezpieczeństwa, prawda?

 

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii codzienność, konie, psy i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s