metamorfozy albo ciąg dalszy mojej tapicerskiej obsesji

Wczoraj dostaliśmy od rodziców Ani stare krzesło. Tata chciał je wyrzucić (sami kiedyś je ze śmietnika przynieśli, ha!) a Mama nie pozwoliła. Stwierdziła, że trzeba je przywieźć do nas, to przynajmniej jak się je do pieca wrzuci, to ze 20 minut ciepła będzie. Przywieźli. Niby widziałem to krzesło mnóstwo razy – zawsze stało u nich w dużym pokoju, za drzwiami, ale wczoraj zobaczyłem je w swoim domu i oczywiście miałem wizję. Znowu będzie obijanie materiałem, którym mamy obite wszystko!* Znowu mogę nakarmić swoją obsesję, o której wspominałem w lutym.

Dzisiaj rano odwiozłem dziewczynki do szkoły i przedszkola, oporządziłem i wypuściłem konie i wziąłem się za krzesło. Moja kompulsywna potrzeba zrobienia nowego mebla ze starego, właśnie w tej chwili, choć są inne rzeczy do zrobienia (drzewa możnaby pociąć i porąbać, na ten przykład, bo nie ma czym palić) została zaspokojona! Nadal oczekuje kanapa i stary fotel, tylko nie mamy gdzie ich wstawiać. Jak na wiosnę rozbudujemy dom, będzie znowu obijanie i wstawianie nowych starych mebli!

Krzesło zmieniło się tak:

IMG_4363

przed

IMG_4364

po

*No dobra – w tej chwili mamy dwa materiały obiciowe, bo tego pierwszego już nie mogę znaleźć w internetach. Znalazłem inny – ten sam klimat – i obiłem nim krzesła, które przywiozłem latem z mieszkania po dziadkach.

Opublikowano codzienność | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

sześć lat

dokładnie tyle minęło, co do dnia, od kiedy pierwszy raz staliśmy na tym podwórku w Gołębiach. Była podobna temperatura, trochę bardziej mgliście, lekka mżawka. Przyjechaliśmy LR, zostawiliśmy go przed bramą. Łata została w bagażniku, żeby nie denerwować Cytry, siedzącej w kojcu.

Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to Cytra. Nie wiedzieliśmy, że z nami zostanie i okaże się być bardzo kochającym, mądrym psem. Nie wiedzieliśmy że po zaledwie miesiącu mieszkania z nami (czy raczej może naszego z nią mieszkania, skoro w tym obejściu się urodziła i spędziła całe swoje życie…) będzie bronić naszych dzieci, rzucając się z zębami na pielęgniarkę środowiskową, chcącą pogłaskać Esme po głowie. Nie wiedzieliśmy, że jak jej zabraknie, to obroża będzie wisiała na lustrze w salonie (jako jedyna z całej sfory obroży nie zniszczyła).

Łaty też już z nami nie ma. Od sierpnia.

Poszliśmy oglądać gospodarstwo. W zasadzie już wysiadając z samochodu wiedzieliśmy, że to jest to miejsce. Obeszliśmy wszystko. Na koniec poszliśmy do sadu i zobaczyliśmy orzech. W głowie zobaczyłem wielki stół pod tym orzechem i mnóstwo ludzi przy nim siedzących. Jedzących i śmiejących się. Esme zbierała gruszki spod drzewa i pytała, czy może zjeść. Mogła. Dzisiaj też leżą pod drzewem i też może je zjeść. Tak samo jak Estera, która wtedy była tylko kilkoma komórkami w brzuchu Ani.

Stołu dalej nie ma, ale jest zamówiony i w procesie produkcji.

Dużo ludzi bywa.

Dzisiaj nie pada, przed chwilą wróciliśmy z koszem opieniek, które pozbieraliśmy w przeciągu 15 minut za stajnią – wtedy to była stodoła, a my nie mieliśmy pojęcia, jak wyglądają opieńki i co z nimi robić. Dzisiaj zrobię z nich kilka słoików sałatki na zimę.

Sześć lat temu, kiedy skończyliśmy zwiedzanie, pan M. – poprzedni właściciel – zaprosił nas na herbatę. W domu było pusto – nie mieszkali tu już od kilku lat – i zimno, bo po co palić, skoro nikt nie mieszka? Herbata była bardzo gorąca i bardzo szybko stygła.

Dzisiaj jest ciepło, choć paliliśmy w kuchni wczoraj po południu. Rozpalimy znowu, trochę później. Zaraz zrobimy obiad. Dziewczynki obierają ziemniaki, pod nogami siedzą im trzy psy, czekając na coś potencjalnie pysznego, co może ewentualnie spadnie z blatu. Ania ogląda film.

Sześć lat temu, na stałe mieszkała tu tylko Cytra i kilka kur.
Dzisiaj jest dziewięć psów, dwa koty, pięć koni, mnóstwo kóz i czworo ludzi.

Trochę się zmieniło.

Nie jest pusto.

Opublikowano codzienność | Dodaj komentarz

luźna impresja wieczorna

Idąc do stajni, w towarzystwie plączących się wokół (pod nogami, przeważnie) psów, czuję się jak niszczyciel Imperium w asyście myśliwców.

Dobranoc.

Opublikowano codzienność, psy | Dodaj komentarz

dzika przygoda w potencjalnie nudny dzień

Kiedy przyjechałem rano do państwa K. – sprawa była – usłyszałem historię, że na Odojach, koło stawu leży martwy dzik… Sąsiedzi znaleźli, dzierżawcy zadzwonili i poinformowali. Nie wiadomo co mu było, temu dziku, wiadomo że nie żyje. Pani K. poprzedniego wieczoru zadzwoniła do radnego z Gołębi, zapalonego myśliwego, członka koła łowieckiego “Zieleń” w Warszawie. Podobno akurat był na polowaniu, więc od razu sprawą się zająć nie mógł, ale obiecał, zajmie się rano i wszystko załatwi. Powiedział, że koło łowieckie tego dzika uprzątnie.

Świetnie.

Pytał jeszcze, czy dzik padł z przyczyn naturalnych, czy to był postrzałek? Nie wiadomo.

Taka historia.

Zrobiliśmy co było do zrobienia, siedzimy z panem K. oraz z B. w kuchni, pijemy herbatę, gadamy, milczymy. Na kuchence grzeje się kiełbasa. Sielankowy, wiejski poranek. Wchodzi pani K. , mocno zdenerwowana rozmawia przez telefon (okazało się, że dzwoniła pani kierowniczka Referatu Infrastruktury Rolnictwa i Ochrony Środowiska z gminy Świercze:

– Nie, wie pani, ja w ogóle nie rozumiem o czym pani do mnie mówi z tymi artykułami… Nie, nie, nie. Jednak… tak, jednak pani przerwę…

W kuchni pojawia się Kuzyn Grzegorz z Warszawy

– Widzi pani jakie mam szczęście? Akurat przyjechał kuzyn z Warszawy, ja go pani dam do telefonu, może on lepiej zrozumie. Grzesiu, czy mógłbyś na chwilkę porozmawiać?

Kuzyn Grzegorz z Warszawy bierze telefon:

– Słucham, o co chodzi?
– Bo na posesji państwa K. , na Wyrzykach, jest martwy dzik i muszą go sprzątnąć. Muszą wezwać firmę utylizacyjną na swój koszt, a potem na drodze cywilnej mogą dochodzić zwrotu pieniędzy od koła łowieckiego.
– Nie wydaje mi się. Dzikie zwierzęta są własnością Skarbu Państwa, a za utylizacje płacą koła łowieckie. Tak to działa.
– Nie, państwo K. muszą uprzątnąć dzika na swój koszt, bo to był postrzałek, a nie padł sam. Gdyby padł sam, to byśmy go sprzątnęli, a skoro to jest postrzałek, to właściciel nieruchomości jest zobowiązany zapłacić za utylizację!
(rozumie ktoś, o co kaman?)
– Ale przecież skoro to jest postrzałek, to myśliwi mieli obowiązek go dochodzić, a skoro tego nie zrobili, to ich problem. Koło łowieckie powinno się tym zająć, a nie właściciel nieruchomości. Nie właściciele strzelali, nie ich problem. Proszę w ogóle powiedzieć, na podstawie jakiej ustawy twierzi pani, że właściciel ma sprzątać truchło dzikiej zwierzyny?
– Na podstawie ustawy o utrzymaniu porządku w gminie.
– Pani mówi chyba o regulaminie utrzymania porządku na terenie gminy, a nie o ustawie. To jest jakaś uchwała, którą sobie podjęliście i nie może ona być w sprzeczności z polskim prawem, bo nad tym regulaminem jest prawo nadrzędne. A z niego wynika, że jednak nie właściciel terenu ma sprzątać martwego dzika, który to dzik jest własnością Skarbu Państwa – martwy, czy żywy…
– Nie! Muszą to sprzątnąć – ja na razie dzwonię nieoficjalnie, powtarzam, nieoficjalnie, bo jak przyjmę oficjalne zgłoszenie, to będę musiała wystawić nakaz uprzątnięcia śmieci… A jak nie będa uprzątnięte, to ukarzemy mandatem!
– Zaraz, ale to nie są śmieci!
– Dla nas są. Jak będą śmieci na pana nieruchomości, to jako właściciel musi pan je uprzątnąć, bo ukarzemy mandatem!
– Jasne, jeżeli są śmieci i nikt za rękę nie został złapany, jak te śmieci do mnie wrzucał, nie wiadomo czyje są, to jako właściciel posesji muszę – niestety – posprzątać. Ale to jest zupełnie inna sytuacja. Wiadomo, kto jest właścicielem dzika – Skarb Państwa. Niech Państwo płaci, za sprzątanie. To tak, jakby ktoś wstawił mi wrak samochodu na podwórko, wiadomo czyj to samochód, ale skoro moje podwórko, ta ja mam płacić za złomowanie. Z jakiej racji?
– Raz jeszcze powtarzam, dzwonię nieoficjalnie, bo jak przyjmę zgłoszenie, to będę musiała…
– Przerwę pani. Nie wydaje mi się, żeby miała pani rację. Poczytamy ustawy, poczytamy regulamin, posprawdzamy, zastanowimy się, co dalej zrobić.
– Czy mogę jeszcze rozmawiać z panią K. ?
– Bardzo proszę.

Kuzyn Grzegorz z Warszawy oddał telefon pani K. i zniknął z kuchni.

Panie porozmawiały chwilkę, pani K. potwierdziła, że najpierw będzie prawo czytane, a potem będą akcje podejmowane, a jak mają ochotę nakładać mandaty, to serdecznie zaprasza. Zaproponowała również, że skoro właściciel nieruchomości ma płacić za utylizację padliny dzikiego zwierzęcia, to ona bardzo chętnie zawlecze tego dzika pod urząd gminy. jak raz ma hak przy samochodzie, a i linka się znajdzie. Niech wtedy gmina płaci, bo to na ich terenie… To jak?

– To zostanie pani ukarana!
– I bardzo dobrze.
– Ja porobiłam zdjęcia i wszystko jest udokumentowane i to Pani musi oddać do utylizacji. To jest pani obowiązek.
– Jasne. Pomyślimy, co zrobić. Do usłyszenia.

Pani K. zadzwoniła do radnego z Gołębi, zapalonego myśliwego, członka koła łowieckiego “Zieleń” w Warszawie, wszak obiecywał pomóc i dzikiem się zająć. Przez noc zmienił zdanie. Skoro to postrzałek, to właściciele nieruchomości muszą go na swój koszt uprzątnąć. Oraz w żadnych polowaniach udziału nie bierze, bo jest chory! Na propozycję, żeby on ze swojej kieszeni zapłacił 200zł (sam podał taki orientacyjny koszt) a potem dochodził zwrotu pieniędzy od koła, stwierdził, że nie może się mieszać oraz nie może wchodzić na nie swój teren…

(Zabawne, że jak polują, to nie mają problemu z łażeniem po nie swojej ziemi. Problem pojawia się – najwyraźniej – jak trzeba posprzątać. Pojawia się z resztą deklaratywnie, co za chwile się okaże).

Ponieważ nie było już kuzyna Grzegorza, a państwo K. byli bardzo zdenerwowani, postanowiłem pomóc i zacząć działać.

Zadzwoniłem do Ani, czy mogłaby zadzwonić do Powiatowego Inspektoratu Weterynarii w Pułtusku i zapytać, co o tym sądzą. Sądzili, że ich to interesuje i żeby zgłosić.  Zadzwoniłem więc. Przełączyli mnie gdzieś, odebrała jakaś bardzo miła osoba. Przedstawiłem się, przedstawiłem sytuację, że dzik martwy, że gmina twierdzi, że właściciele mają sprzątać i płacić… Podałem adres, gdzie padlina leży, że ziemia nie moja etc.

– Proszę poczekać, muszę pójść do szefa, on podejmie decyzję, bo bardzo możliwe, że będziemy pobierać próbki do badania na ASF (ha! wykombinowałem, że o afrykański pomór świń chodzi!) to wtedy my się tym zajmiemy, ale o to muszę zapytać lekarza powiatowego. Zaraz oddzwonię.

Oddzwoniła: Szefa teraz nie ma, wyszedł na pół godziny. Jak wróci to z nim zaraz porozmawiam. Proszę tego dzika nie ruszać, niech sobie leży. Zadzwonię, powiem, jaka jest decyzja.

Siedzieliśmy paląc papierosy, jednego za drugim, czekając na telefon i rozwój wypadków. Dramatyzmu sytuacji dodawała prawie rozładowana bateria w moim telefonie, a podałem przecież numer do siebie, skoro ja dzwoniłem. Mogłem niby pojechać do domu po ładowarkę, daleko nie jest, ale… Odezwali się po godzinie:

– To my już jesteśmy na miejscu, tylko nie wiem, czy dobrze trafiliśmy… (dla niewtajemniczonych dodam, że droga z Pułtuska zajmuje koło 20 – 30 minut)
– Będziemy za 10 minut.

Byliśmy. Dzik był już nieźle wzdęty, po nakłuciu nożem wydał długie psssssssttt…. Zapachniało również, odszedłem. Śledzionę (chyba) mu wyjęli. Zapakowali w torebkę.

Opowiedziałem, jak sprawa od rana się rozwijała. Obydwoje lekarzy, pobierających próbki –  Powiatowy i Miła Pani Która Z Nim Przyjechała – robili coraz większe oczy, coraz szerzej się uśmiechali i przecząco kiwali głowami.

– Oczywiście, że nie wolno państwu było tej padliny ruszać. Oczywiście, że to gmina ma obowiązek uprzątania padłych dzikich zwierząt ze swojego terenu, bez względu na to, kto jest właścicielem konkretnej nieruchomości. To wynika z Ustawy o Samorządach Gminnych. Zaraz pojedziemy do Urzędu Gminy i im powiemy, że mają tego dzika sprzątnąć.
– Bardzo dziękujemy.
– Dziękujemy, do widzenia.
– Do widzenia.

Wsiedli w samochód, pojechali. My – nie…

Xantia powiedziała “pyk” i zgubiła prąd. Nihil novi – już to ćwiczyliśmy. Zwykle wystarczało poczekać. Wysiedliśmy zapalić, rozmawialiśmy z dziewczyną mieszkającą w domu na Odojach. Opowiedziała, że rano byli u niej kierowniczka Referatu Infrastruktury Rolnictwa i Ochrony Środowiska z gminy Świercze oraz radny z Gołębi, zapalony myśliwy, członek koła łowieckiego “Zieleń” w Warszawie. Oglądali martwego dzika dokładnie, przekręcali na boki. Znaleźli ranę postrzałową, obfotografowali. Powiedzieli, żeby zakopać. Bardzo ją to zdziwiło, bo przecież nie wolno żadnego zwierzęcia samemu zakopać, ani krowy, ani świni, no nic. No tak, dzik nie ma kolczyków i numerów, to do utylizacji za darmo nie wezmą, ale jak u nich w gminie (sąsiadującej z gminą Świercze), był padły łoś, u kogoś na posesji, to gmina zaraz się tym, bez problemu, zajęła i nikt za nic nie miał płacić…

Hy!

Udało mi się odzyskać prąd w Xantii – cholerne kable na połączeniu z klemami! Pojechaliśmy w drogę powrotną. Po drodze sklep – odebrać wygraną w lotka – 5 zł chyba – oraz fajki i chleb kupić (to pani K.), flaszkę dla B. (to ja). Samochodu na wszelki wypadek nie gasiłem – po co kusić licho?

Na podwórku u państwa K. też go nie gasiłem, pożegnałem się, pojechałem do domu.

Musiałem wyłączyć silnik przed bramą, na podjeździe – klucze od domu są przy kluczykach od samochodu, a w zamkniętym domu był pilot od bramy… Tak, wiem, skomplikowane. No dość, że musiałem wyjąć kluczyk ze stacyjki, żeby otworzyć dom, wziąć pilota, otworzyć bramę i wjechać na podwórko. Wjechałem. Dzięki grawitacji oraz temu, że jest lekko z górki. Zapalić znowu nie chciał. Kable zaraz poprawiłem – jest już OK. Chyba… No mam nadzieję, przynajmniej.

Tak oto, z nudno i zwyczajnie zapowiadającego się dnia, zrobił się dzień pełen emocji i wrażeń. Wystarczy jeden martwy dzik i jedna urzędniczka oraz swobodny sposób interpretacji przepisów. Nie śmiem nawet przypuszczać, że całe to nieporozumienie – bo chyba w kategoriach nieporozumień całą tę sprawę traktować należy, prawda? – mogłoby wynikać z czyjejś nieznajomości stosownych przepisów Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, czy – broń Bóg! – chęci umyślnego wprowadzenia drugiej strony w błąd. Dobrze, że wszystko udało się wyjaśnić i prawo nie zostało złamane!

Ciekaw jestem, czy spotkam jeszcze kuzyna Grzegorza…

Pozdrowienia dla Cioci Hani.

P.S. 10.10.2015
Na pokwitowaniu od firmy utylizacyjnej, widnieje kwota za sprzątnięcie dzika – 1050 zł.

Opublikowano konie | Dodaj komentarz

taki rodzaj sytuacji…

Generalnie niefajny dzień.

Rano Dziecko Starsze nie chce się obudzić, żeby iść do szkoły. Też bym nie chciał zaczynać lekcji o 7:30. Niech śpi!

A co tam.

Pierwszy telefon do Ani 7:25 „Na 10:00 trzeba przyjechać do krowy do inseminacji„. Świetnie. Są klienci, są pieniądze. Nie można SMS wysłać? Wszyscy muszą wstawać codziennie o 5:00?

Umówione.

7:30 Ania zdążyła powiedzieć, że bank pewnie i tak się przed 10:00 nie ogarnie. Ogarnęli się. Telefon z banku – 7:40. Na 10:00 zapraszają.

Doskonale.

Potem jazda: bank, ubezpieczalnia w Nasielsku (karteczka zaraz wracam i numer telefonu), bank w Nasielsku, ubezpieczalnia (nadal „zaraz wracam”, telefon – będę za 20 minut). Nie, to jednak pojedziemy dalej, nie będziemy czekać, wrócimy.

Pułtusk i urząd skarbowy – 30 minut czekania w kolejce, żeby się dowiedzieć, że druk się zmienił i trzeba przepisać… pies ich ganiał – mamy 14 dni. Sąd – tak, wszystko w porządku, kasa na pierwszym piętrze, potem proszę wrócić.

Załatwione.

To jeszcze do banku tutaj podjedziemy…” (Ania). Bardzo proszę. Podjechalim. Zaparkowalim. Blisko. Szybko pójdzie.  Oczywiście. Pół godziny. Dziewczynki demoluja samochód, poza samochodem słońce pali. Ja palę. Za dużo.

Wytrzymamy.

Jakaś pani spektakularnie prawie rozwaliła swoją srebrną corsą wściekle zielone cinquecento, czy seicento (a może to był matiz?). Kiedy wysiadała, jej pasażerka – córka? – popatrzyła dookoła i powiedziała: „Nie mam pojęcia, jak stąd wyjedziesz!„. „No łatwiej, niż ja” – pomyślałem. Zatarasowała tą swoją srebrną cudownością przejazd – wyjeżdżałem mijając się z nią i samochodem z przeciwnej strony… przejazdu – tak to ujmijmy – na grubość lakieru. Chyba pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się używać czujnika parkowania w postaci żywej osoby – Ania wysiadła i patrzyła, czy jeszcze jest miejsce i ile mam milimetrów. Nie, nie jestem szczególnie do samochodów przywiązany, nie mają samochody nasze nieskazitelnego lakieru i nie są zawsze czyste – tak w środku, jak i na zewnątrz. Mam, natomiast, niejasne podejrzenia, że inna ludność do swoich samochodów jest przywiązana i jak im się te ich samochody poobija na parkingu, to mogą się awanturować. Generalnie mam gdzieś, że się będą awanturowali, ale jednak to tak się nie robi. Chociaż…

Kiedyś, na targu w Nasielsku, jakiś miły pan, niezbyt chyba wprawny w manewrowaniu samochodem, był uprzejmy obetrzeć mi błotnik, usiłując wyjechać z ciasnego parkingu. Stałem trzy metry dalej… Pan pojechał, nawet nie zwróciwszy uwagi, że trafił mi lewy przód. Nie, nie goniłem go. Nic się nie stało, to tylko samochód. Nie rozbity, błota mi trochę ze zderzaka zdrapał. Tak, przepraszam. To pewnie nieodpowiedzialne, że go nie goniłem, choć pewnie powinienem był – przecież mi podrapał zderzak! Przepraszam.

Ad rem.

Pojechaliśmy z powrotem do Nasielska, załatwiliśmy co trzeba było w ubezpieczalni i zdążyliśmy do banku w Świerczach. W zasadzie się udało.

Po powrocie do domu zaczęliśmy robić obiad.

Zaczęli przyjeżdżać kolejni pacjenci.

Ania poszła schować konie.

I tu, tak na prawdę, zaczyna się to, co chcę zapamiętać. Długo Ania te konie chowała, miałem właśnie zacząć czytać Dziewczynkom książkę. Telefon – Ania…

Bo konie zerwały pastucha, wróciły do stajni wszystkie, oprócz Amira, bo ten zerwany pastuch gdzieś leży i on się boi przejść. Może przyjdziesz i go przekonasz? Przecież to twój koń!

Przyjdę, oczywiście, że przyjdę. Przeprosiłem dziewczynki – tu ukłony dla czytających to pracowników opieki społecznej czy czego tam innego kolwiek – i wyszedłem z domu, na łąki, po Amira.

Chwilę to trwało. Koń był już mokry z nerwów, kłusował to tu, to tam, prychał. Udało się w świetle latarek w telefonach znaleźć, gdzie ten zerwany drut leży, udało się go na bok (Ani się udało) odciągnąć. Koń dalej nie wierzył i nie chciał przejść przez linię, gdzie leżał zerwany pastuch. Żeby było dramatyczniej, na horyzoncie błyskało (ciemno było od mniej więcej pół godziny). Pies Szczur przeszkadzał, jak tylko umiał. „To taki dobry pies do zaganiania!” – według sąsiadów. Dobry. Tylko kto go prosił, żeby konia zaganiać w przeciwnym kierunku?

W jakimś momencie udało mi się podejść do Amira tak, żeby położyć mu dłoń na szyi, z lewej strony. Trochę zwolnił, choć dalej szedł nieufny. Przeszliśmy wzdłuż stojącego ogrodzenia, podeszliśmy do miejsca, gdzie leżał przedtem zerwany drut od pastucha. Amir zaczął się znowu napinać, zwalniać, prychać. Ale… poszedł ze mną. Poszedł, z moją ręką na szyi. Zaufał. Tylko się opierałem i gadałem do niego. Bez kantara, bez uwiązu.

Poszedł.

Prychał, napinał się, ale poszedł. Przeszliśmy do sadu, uznał, że już jest całkiem bezpiecznie i pogalopował do reszty koni.

Prawie się poryczałem. Znam tego konia od 1997 roku.

Burza dalej mruczy dookoła.

Dobranoc.

P.S.

Jak wróciłem, Dziewczynki już spały, więc z czytania książki nici… Przepraszam.

Opublikowano codzienność, konie | Otagowano | Dodaj komentarz

dom, który czyni szalonym

po dzisiejszej wizycie w wydziale architektury starostwa pułtuskiego, przypomniało mi się „12 prac Asteriksa” i właśnie dom, który czyni szalonym.

Nie, kłamię. Przypomniał mi się rano, na myśl, że jedziemy do Pułtuska złożyć zawiadomienie o przebudowie domu. Projekt budowlany czekał od trzech lat, to może trzeba coś wreszcie zacząć działać, bo nas starość zaskoczy, a domu nie przebudujemy.

Przypomniało mi się, jak jeździłem do wydziału architektury w Pułtusku w lipcu 2012 w związku z budową gabinetu Ani. Wtedy też wszystko wydawał się łatwe i proste. Wystarczy złożyć zawiadomienie o zmianie sposobu użytkowania budynku, poczekać 30 dni i już. Można zmieniać i robić gabinet. Przeczytałem całe prawo budowlane, wypełniliśmy stosowne papierki – zawiadomienie o zmianie sposobu użytkowania budynku oraz oświadczenie o prawie do dysponowania nieruchomością – i pojechaliśmy… Wydział architektury, w pokoju panienka, na oko ledwo po dwudziestce. Zaczęło się:

– Ale potrzebny jest jeszcze projekt budowlany
– Nie, nie jest. Ja tylko zmieniam sposób użytkowania budynku. Niczego nie buduję, tylko układam kafelki i takie tam drobne rzeczy. To nie wymaga projektu.
– Ale bo to jest budynek gospodarczy, a ma być użytkowy…
– No i?
– No i musi Pan mieć projekt.
– Nie, nie muszę.
– Musi Pan.
– Nie, nie muszę. Projekt muszę mieć jak coś nowego buduję, albo zmieniam konstrukcję dachu, albo nowe otwory w ścianach wybija. Ja nic takiego nie będę robić, nie muszę.
– Ale musi pan mieć, no taki a’la projekt.
– Słucham?
– No taki a’la projekt przebudowy.
– Ale ja nic nie będę przebudowywał. Da mi Pani takie a’la 1000zł na ten a’la projekt?
– Pan chyba żartuje!
– To chyba Pani żartuje! Proszę mi pokazać, gdzie w polskim prawie napisane, że muszę mieć projekt budowlany, żeby zmienić na papierze sposób użytkowania budynku….

Poszła, przyniosła ustawę z włożonymi zakładkami i pozakreślanymi stosownymi fragmentami. Pokazuje palcem i czyta….

 – No właśnie. Z tego co Pani właśnie przeczytała wynika, że nie muszę mieć żadnego projektu.
– Nie, no bo tu jest napisane, że… (znowu czyta ten sam fragment)
– Pani chyba nie rozumie, co Pani czyta… Proszę przeczytać jeszcze raz.
– ? (duże oczy, nerwowe rozglądanie się po pokoju)
– Proszę przeczytać jeszcze raz, tylko tym razem ze zrozumieniem.
– ?
– No proszę czytać!

Czyta, głos jej drży coraz bardziej.

 – Czy teraz Pani już zrozumiała, że to ja mam rację, a nie Pani?
– To ja pójdę po koleżankę.
– Bardzo proszę.

Koleżanka weszła bardzo energicznie i od progu zaczęła, podniesionym głosem:

 – To przyjmij ten wniosek od pana, najwyżej będzie musiał później jeszcze przyjeżdżać i przywozić brakujące dokumenty! Jak tak pan woli, to przyjmij od niego ten wniosek.
– Niczego nie będę przywoził, bo niczego nie brakuje. Proszę mi pokazać w ustawie, gdzie jest napisane, że potrzebny jest projekt budowlany do zmiany sposobu użytkowania budynku.
– No już Panu czytałam przecież…
– Tak i z tego co Pani czytała, nie wynika to, czego Pani ode mnie żąda. Proszę mi w takim razie napisać, że odmawia Pani przyjęcia wniosku i podać podstawę prawną.
– Niczego nie będę pisać!
– Nalegam, proszę napisać, że mam przynieść projekt budowlany, żeby zmienić na papierze  sposób użytkowania budynku. I proszę podać podstawę prawną.
– 
To ja pójdę po kolegę.
– Bardzo proszę.

Kolega zaczął powtarzać to, co powiedziały wcześniej dwie panienki. Powtórzyłem swoje.

– No ale Pan tak nie może!
– Czego nie mogę?
– No tak sobie zmienić bez projektu. Nawet w zeszłym miesiącu mieliśmy taki przypadek, że ktoś w garażu chciał zrobić… (po trzech latach nie pamiętam, co tam miało być) i też musiał projekt przynieść!
– Musiał, boście mu kazali i widać miał za dużo pieniędzy i nie chciało mu się ustawy przeczytać i z Wami dyskutować.
– …
– No ale przecież – zaczął kolega – inne są wymagania co do standardu budynku gospodarczego, a inne gabinetu weterynaryjnego… – chciał być sprytny chyba.
– Dobrze, niech Pan sobie wyobrazi, że mam bydynek gospodarczy, w którym wszystko – jak raz, zupełnie przypadkiem – spełnia wymagania jakie ma spełniać pomieszczenie gabinetu weterynaryjnego.
– Ale jak to?
– No tak to. Mogę mieć taki budynek, czy nie? Z kaflami na podłodze, ścianach i suficie, bieżącą wodą , powierzchnią okien w stosunku do powierzchni podłogi odpowiednią, odpowiednim sztucznym oświetleniem i w ogóle?
– No… może Pan.
– A teraz chcę zmienić na papierze sposób użytkowania tego budynku. Z gospodarczego na użytkowy. To czego mam robić projekt, jak nic nie będę zmieniać?
– …
– Więc?
– No ciekawie Pan argumentuje.
– Dziękuję, więc jak to jest z tym projektem dla mojego wykaflowanego budynku?
– To sanepid musi się zgodzić…
– I jak oni się zgodzą, to wy się czepiać już nie będziecie?
– Niech Pan naszkicuje rzut tego budynku i opisze co tam będzie i jak oni się zgodzą i na tym podpiszą, to my też.
– Dziękuję, do widzenia.

W sanepidzie strasznie się zdziwili, czego ja w ogóle od nich chcę, bo ich to – generalnie – nie obchodzi. Powiedziałem, że ja nie chcę niczego, tylko sobie w architekturze wymyślili, że chcą opinię od sanepidu. Starszy Pan chyba poczuł się potrzebny, popatrzył na moje rysunki, pokomentował, a że to jednak jakiś pokoik socjalny (?), że musi być zlew a nie umywalka, gadu gadu gadu. Słuchałem, kiwałem głową, poprawiałem, ze trzy razy tam jeździłem. W końcu się udało.

Kiedy pojawiłem się w wydziale architektury, panienka od razu poleciała po kolegę. Popatrzyli, pokiwali głowami, przyjęli. Skończone.

Dzisiaj nie było aż tak zabawnie. Weszliśmy do pokoju – ta sama panienka:

 – Dzień dobry, chciałbym taki druk do zgłoszenia przebudowy domu i druk oświadczenia o dysponowaniu nieruchomością.
– Ale na przebudowę trzeba mieć pozwolenie! – Tu mnie zatrzęsło
– Nie, nie trzeba. Ani na budowę domu jednorodzinnego też nie trzeba. Zmieniło się prawo budowlane. Proszę sobie przeczytać Art. 29, o ile pamiętam.
– Ale to projekt jest potrzebny!
– Mam projekt.
– A tam jest napisane, że to nie zmienia oddziaływania na działki sąsiadów?
– Jest.
– A, to proszę.

Wypełniliśmy druczki (jak idiota myślałem, że skoro zmieniło się prawo budowlane, to w tych urzędowych papierkach też pozmieniali numery dzienników ustaw etc, inaczej wydrukowałbym wszystko w domu, ale skąd!) wracamy, wręczam.

– Proszę jeszcze sprawdzić, czy wszystko wpisałem.
– Tu jeszcze numer działki.
– Proszę – panienka w międzyczasie zaczyna przeglądać projekt.
– Ale…
– ???
– Bo tu jest inwestor Anna Rutkiewicz, a tu Państwo razem wypełnili?
– No i?
– No nie może tak być!
– A dlaczego, skoro to współwłasność?
– Bo nie może tak być.
– To tu mam dopisać swoje nazwisko, na okładce projektu, czy tu mam skreślić, na zgłoszeniu?
– I jeszcze… bo tu warunki zabudowy są na pana, a jako inwestor wszędzie w projekcie jest pani.
– No i co z tego? Przecież i warunki zabudowy i projekt dotyczą tej samej działki.
– Ale warunki zabudowy powinny być na panią.
– Ale nie będziemy mnie zabudowywać – włączyła się Ania – tylko działkę, a numer działki się zgadza, to chyba nie ma problemu?
– Ale tak nie może być, to trzeba poprawić. Inwestorem może być tylko ten, na którego są wydane warunki zabudowy. Ja tego nie mogę przyjąć Dla mnie najważniejsze są warunki zabudowy. To trzeba wszystko zmienić i poprawić. No nie wiem, może niech ten projektant to poprawi. A w ogóle dlaczego warunki zabudowy są tylko na Pana?
– Bo gmina tak napisała, choć wniosek składaliśmy razem? Czyli teraz mam jechać i kazać im to poprawiać?
– No ale oni mogą nie chcieć tak od ręki. To może niech Pan tu zmieni wszędzie w projekcie, w metryczkach, nazwisko inwestora na swoje…
– Tak ręką?
– Tak, tylko niech pan parafkę postawi. I te wnioski trzeba też poprawić.

W efekcie zylion razy skreślałem – w czterech egzemplarzach projektu – Anna Rutkiewicz i wpisywałem Rafał Fanti, stawiałem parafkę. Co za absurd! Przez otwarte drzwi pokoju obok, cały ten czas, czyli dobre pół godziny, słychać było urzędniczki narzekające, ileż to mają roboty, bo koleżanka poszła na zwolnienie i musiały przejąc jej sprawy a to tyle przecież roboty, jakby swojej nie miały dosyć. Dodam, że potoku słów nie przerywało szeleszczenie kartek ani łomot stempli. W końcu poskreślałem podopisywałem i parafowałem wszystko. Od samego początku z tym projektem są trudności. Albo czegoś brakuje, co być powinno, albo powpisywane są jakieś rzeczy, o których nikt z nami nigdy nie rozmawiał. Teraz – to. Mogłoby się wydawać, że zarówno właściciel biura projektowego, jak i architekt dla niego pracująca (czy z nim współpracująca) powinni zwrócić uwagę na takie detale. Chyba że panienka z urzędu znowu coś nie tak z przepisów zrozumiała, tylko ja akurat tych nie przeczytałem i nie miałem szans pokazać jej, że znowu zbłądziła. Najistotniejsze, że w końcu się udało i złożyliśmy to cholerne zawiadomienie. Mają 30 dni, żeby jeszcze coś wynaleźć.

Potem do urzędu skarbowego, po świstek dla Ani, że nie zalega z podatkami. Też trudność. Wniosek wypełnić i zapłacić trzeba, ale kasa jest zamknięta.

– To gdzie ja mam zapłacić?
– No jak to gdzie? – szczerze zdziwił się ochroniarz – W banku spółdzielczym. Tam jest, przy rondzie.

W banku – nie, nie można tak po prostu zapłacić. Trzeba w jednym okienku zaksięgować, a dopiero potem w innym, pieniądze wpłacić, mając odpowiedni papierek z pierwszego okienka. Raz jeszcze do skarbowego – udało się, wniosek złożony.

Dalej – ZUS – zaświadczenie o niezaleganiu. Wziąć numerek – chociaż pusto – poczekać. Pobrać wnosek o wydanie zaświadczenia, wypełnić, wrócić.

– To Pani chce pocztą? To od ręki może być.

Stukał w tę klawiaturę i stukał. Wszystko trwało z 15 minut. Zrobiła się 12:56 a o 13:10 mieliśmy odebrać Dziewczynki z Domu Kultury w Nasielsku, bo wtedy właśnie kończyło się przedstawienie. Byliśmy o 13:16. Kocham takie dni. Jak człowiek się zaczyna nudzić, to powinien pójść do jakiegoś urzędu załatwić zwykłą formalność. Polecam!

Opublikowano codzienność | Otagowano , , , , | 1 komentarz

lato w mieście

najwyraźniej człowiek musi się przenieść na wieś, żeby skorzystać z „lata w mieście”. Tak się stało dzisiaj.

Zawiozłem Dziewczynki na 10:00 do Nasielskiego Ośrodka Kultury (www.noknasielsk.pl). Były warsztaty dla dzieci – robienie lalek z drewnianych łyżek. Klasyka. Dzieci – przynajmniej deklaratywnie – bawiły się świetnie. Ja w międzyczasie zrobiłem zakupy. O 12:00 – seans filmowy. Dzisiaj grali „Paddingtona”. Wjazd – 5 zł od dziecka. Ojciec za frajer (chyba, bo film obejrzałem, zaproszony przez panią z NOK, pieniędzy nikt nie chciał, chociaż się w zasadzie dopraszałem, że chyba bilet muszę kupić… Jak coś jestem krewny – proszę dać znać!).

Film ekstra, chociaż trudno się filmy ogląda w sali pełnej dzieciaków. Ten czymś szeleści, tamten wrzeszczy, inny chce do ubikacji i głośno o tym informuje wszystkich widzów, ktoś płacze, bo się boi. No życie rodzica chyba… Przynajmniej na legalu można chodzić do kina na filmy dla dzieci. Inaczej, to by się człowiek trochę obawiał kompromitacji, że taki stary i kreskówki (w szerokim rozumieniu słowa) do kina chodzi oglądać.

Po seansie – dzieci głodne. Poszliśmy do baru orientalnego – tak głosi szyld – w rynku.  Dyskusja co jemy i ogólnie same trudności. I w ogóle czemu trzeba tyle czakać? Wypada dodać, że wcale długo nie czekaliśmy. To dzieci są chyba wyjątkowo niecierpliwe w restauracjach.

Jedzenie – bez rewelacji. Olej sezamowy powinno sie dodawać już na samym końcu, w zasadzie po zdjęciu wszystkiego z ognia, żeby się nie przypalił – taka rada dla kucharza/kucharki, czy ktokolwiek tam gotuje. W kuchni azjatyckiej również niezbyt częto pojawia się kukurydza, zwłaszcza kukurydza z puszki (nie znam się, ale parę przepisów przeczytałem). Można również używać soli… Nie, proszę nie odnieść wrażenia, że wybrzydzam. Najedliśmy się. Esme wchłonęła sama tyle, co my z Esterą we dwoje (zamówiłem dwie porcje, na nas troje, nauczony doświadczeniem, że i tak będę musiał dojeść po dzieciach i nie ma co na trzecia porcje trwonić pieniędzy. Konkludując – wiadomej części ciała nie urywa, zjeść się da, ja gotuję lepiej, przepraszam…

Siedząc w knajpie miałem przyjemność obserwować współczesne obyczaje towarzyskie.

Przy jednym stoliku – panna z chłopakiem, czekają na zamówienie. Niby rozmawiają – ona bez przerwy napie…nicza w telefon, wzroku od ekranu nie odrywając, coś tam mu niby odpowiada, dla podtrzymania wrażenia, ze rozmawiają, przy stoliku, w restauracji. Potem bardzo głośny dzwonek telefonu – on odbiera i rozmawia, na cały głos, z kumplem, umawiając się na popołudnie.

Dziadek przyszedł z wnuczkiem – wnuczek zamówił kebab z frytkami. Usiedli. Wnuczek chce się przesiąść, bo gorąco od okna i muchy dokuczają. Dziadek wyjmuje telefeon i dzwoni do babci. Wnuczek w międzyczasie się przesiadł. Dziadek ustala z babcią, że jest aktualnie z wnuczkiem w knajpie, bo wnuczek głodny był, to sobie kebaba zje, a potem, jak babcia wróci, to albo coś zamówią do domu, do jedzenia, albo gdzieś pójdą – On już jadł, to sami pójdziemy…
– To ja pójdę i kupię, co ona chciała, żeby kupić, a ty sobie zjedz i przyjdź do domu.
Dziadek wyszedł. Wnuczek został.

Zjedliśmy. Pojechaliśmy do domu.

Potem akcja „siatka na muchy” w oknie w łazience – rok czekały listewki i kątowniki. Dzisiaj kupiłem zawiasy i skobelki. Zrobione, zamontowane. Poszło szybko.

Miałem zrobić chłodnik – nie chce mi się, mimo wiatru gorąco jest, choć Ania podpowiada, że nawet chłodno się zrobiło.

Znowu pogryzły się psy – w zasadzie dzień jak co dzień. Tyle, że w odróżnieniu od wczoraj, chyba nie trzeba nikogo szyć. Tylko dziabnąłem się w nogę takim wielkim widelcem od grilla, bo usiłowałem nim psy rozgonić. Przemoc – jak widać – jest złym wyborem! Zemściło się na mnie. Trzeba było łagodnie perswadować, żeby się sześć psów przestało gryźć, albo wprawniej operować sprzętem. Mam nauczkę. Postaram się tak więcej nie wygłupić, przepraszam.

Psy zadowolone z siebie, Esterka karmi je suchą bułką – wszyscy w jak najlepszej komitywie.

Jeszcze tylko poprawię huśtawkę z opony – Ani nie było, a wolałbym, żeby mi ktoś przytrzymał drabinę – i w zasadzie chyba kończę działalność na dzisiaj.

Opublikowano codzienność, psy | Otagowano , , | Dodaj komentarz